Niewygodne pytania…

„Kiedy Christina trzymała mnie za rękę, a pani Mina ściskała dłoń mamy, nastała chwila – mgnienie oka, jedno uderzenie serca – gdy wykształcenie, pieniądze i kolor skóry się nie liczyły. Wszyscy byli równi, a jedna kobieta zwyczajnie pomagała drugiej.”!!!

Kiedy dowiedziałam się, że Jodi Picoult napisała nową książkę, byłam bardzo poruszona. Uwielbiam pisarstwo tej Amerykanki, gdyż w każdej swojej powieści porusza ona bardzo współczesne i ważne problemy. Kiedy natomiast usłyszałam, że Jodi Picoult napisała książkę o rasizmie, trochę się zdziwiłam, gdyż jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, o czym może być ta książka. Pomyślałam nawet, że przecież rasizm nie może być zbyt popularny, żyjemy przecież w XXI wieku i cywilizowani ludzie powinni (przynajmniej z zasady) oceniać człowieka po jego postawie i czynach, a nie po kolorze skóry! Ale z drugiej strony, widząc, co się dzieje na świecie, trudno nie zgodzić się z tym, że rasizm w dalszym ciągu ma się całkiem nieźle. Kilka lat temu oglądałam bardzo dobrą kampanię społeczną wyprodukowaną przez firmę Nike, w której występowali czarnoskórzy sportowcy. Jeden z filmów pokazywał piłkarzy, którzy podkreślali, że uwielbiają pozytywne emocje na stadionie, kochają strzelać do bramki, ale są wstrząśnięci tym, że są ludzie, którzy postrzegają ich jako gorszych piłkarzy tylko dlatego, że przeszkadza im ich kolor skóry! Skoro powstają takie książki i skoro tworzy się takie kampanie, to znaczy, że są one bardzo potrzebne!

Bardzo często wzruszam się na filmach, natomiast rzadziej wzruszam się, czytając książki. Na najnowszej powieści Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy byłam głęboko poruszona i wzruszona. Łzy same popłynęły.

Ruth już od szkoły podstawowej miała pod górkę, gdyż jako jedna z niewielu czarnoskórych dzieci, uczęszczała do szkoły, gdzie przeważały dzieci zamożnych, białych ludzi. Nie liczyło się to, że była zdolna i niesamowicie uparta oraz cierpliwie dążyła do raz obranego celu. Liczyło się przede wszystkim to, że była czarna, a więc nigdzie do końca nie pasowała: do białych, przez kolor swojej skóry, a do czarnoskórych przez uczęszczanie do szkoły dla białasów!

Na szczęście Ruth skończyła szkołę i od ponad dwudziestu lat mogła robić to, co kochała, czyli pracować jako pielęgniarka w prowincjonalnym szpitalu w Mercy – West Haeven. Rewelacyjnie wywiązywała się ze swoich obowiązków, była uczciwa, pracowita i uprzejma dla swoich pacjentek. Jednak pewnego dnia została odsunięta od małego pacjenta, tylko dlatego, że jej kolor skóry nie odpowiadał rodzicom noworodka. Wszystko może skończyłoby się tylko na niesmaku, gdyby nie to, że wkrótce po niegroźnym zabiegu, dziecko zmarło. Zrozpaczeni rodzice widzą tylko jedno wyjście, gdyż aby ukoić swój ból, muszą znaleźć winnego. A skoro czarnoskóra pielęgniarka, pomimo wyraźnego polecenia przełożonej, znalazła się obok noworodka, wiadomym jest, że tylko ona musi być winna! Czy można kogoś oskarżyć tylko dlatego, że nie podoba nam się kolor jego skóry?! Można, ale trzeba się liczyć ze wszystkimi konsekwencjami!

Małe, wielkie rzeczy to świetna, poruszająca, zapadająca w pamięć powieść! Można nie zgadzać się z postawą rodziców, można podzielać ich opinię, ale na pewno nie można stać z boku i patrzeć z obojętnością. Przy tej książce nie można wyłączyć emocji, a w dodatku podczas lektury wychodzą wszystkie nasze uprzedzenia, szczególnie te nieuświadomione. Myślimy w trakcie czytania, a także wtedy, kiedy choć na chwilę odłożymy książkę na bok, walczymy ze sobą, stawiamy się w roli głównej bohaterki, zastanawiamy się, co byśmy zrobili na miejscu rodziców. Jodi Picoult stawia konkretne, czasem niewygodne pytania i oczekuje odpowiedzi. My nie możemy spasować! Musimy odpowiedzieć, a wreszcie musimy opowiedzieć się po jednej ze stron. Tu nie ma wygranych i przegranych. Tu każdy coś zyskuje i każdy traci. Szala bardzo łatwo może się przechylić. Zwycięstwo, nie zawsze będzie się równało zyskowi…

Jodi Picoult jest genialną powieściopisarką. Jestem przekonana, że jeśli znajdą się tacy, którzy zarzucą jej błędy, to na pewno nie będą w stanie zarzucić jej nudy. Jodi Picoult wstrząsa Czytelnikiem, ale także, w dokładnie każdej książce, bardzo go zaskakuje. Przyznam się, że nie czytałam jeszcze żadnej jej książki, która by mnie nie zaskoczyła. Doczytując kilkadziesiąt czy kilkanaście ostatnich stron powieści, zawsze siedzę jak na szpilkach, gdyż niezmiennie za każdym razem jestem ogromnie zaskoczona. Tym razem, przy Małych, wielkich rzeczach było podobnie. Zostałam wprost porażona, nie spodziewałam się takiego rozwiązania!

Bardzo, bardzo polecam najnowszą powieść Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy!

18471875_1409220739123645_1447373386_o Jodi Picoult, Małe, wielkie rzeczy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

 

Jestem… nawiedzona!

Już prawie trzy tygodnie temu, 23 kwietnia, obchodziliśmy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Zgodnie z moją świecką tradycją, ustanowioną w ubiegłym roku (sic!), z okazji tego wyjątkowego dnia postanowiłam napisać tekst nierecenzencki i zdecydowanie bardziej osobisty. Wybaczcie mi, moi drodzy Czytelnicy, tę małą nieścisłość, co do terminu, ale kwietniowe weekendy były dla mnie wyjątkowo świąteczno-rodzinno-przyjacielskie, a więc byłam wtedy zdecydowanie offline 😉

No, ale do rzeczy! W poniedziałkowe popołudnie 24 kwietnia, dzień po święcie książki, a wiec i książkoholików, trafiłam na bardzo ciekawy artykuł pani Anny Dziewit-Meller opublikowany w Tygodniku Powszechnym, pt. „Czytanie książek: lamentem i pogardą nikogo się nie zachęci”  (https://www.tygodnikpowszechny.pl/czytanie-ksiazek-pogarda-i-lamentem-nikogo-sie-nie-zacheci-147764). Ten znakomity tekst, z wieloma trafnymi uwagami na temat stanu czytelnictwa w Polsce, zainspirował mnie do napisania poniższych kilkunastu zdań.

Kiedy poznaję nowe osoby, nie jestem zbyt rozmowna. Zdecydowanie wolę się wtedy przyglądać, obserwować i słuchać, rzadko się odzywam (a tym, którzy znają mnie dłużej, trudno w to uwierzyć). Dystans tracę z czasem, a wtedy nabieram zaufania i zaczynam… gadać. Wtedy naprawdę trudno mnie zatrzymać.

Kiedy w ubiegłym roku zmieniłam pracę, było mi trudno z kilku powodów. Jednym z nich była nieśmiałość w nawiązywaniu nowych znajomości i brak bezpośredniości, ale wtedy pomogły mi… książki. Tak, nie pomyliłam się, książki! W nowym miejscu pracy zaczęłam, od słowa do słowa, opowiadać o moich doświadczeniach, a temat książek zaczął się jakoś mimowolnie. A jako, że czytanie to moja ogromna pasja i wśród tej tematyki czuję się jak ryba w wodzie, poszło jak z płatka!

Pamiętam, że pewnego dnia, kilka miesięcy po rozpoczęciu przeze mnie nowej pracy, jedna z koleżanek powiedziała mi, że kiedy nie było mnie wśród nich, nie rozmawiało się tyle o książkach! A teraz wszyscy gadają o literaturze, pożyczają sobie książki, wymieniają się refleksjami o nich i prześcigają się w polecaniu sobie nowych, ciekawych lektur! Czy wynika z tego, że wcześniej wszystkie te osoby były nieczytające? Absolutnie nie! Wręcz przeciwnie, jednak gdy do ich zespołu dołączył ktoś tak pozytywnie nawiedzony, jak ja i zaczął z przejęciem i pasją mówić o książkach, koło poszło w ruch.

Nie chciałabym zostać źle zrozumiana i zgodnie z tekstem w Tygodniku Powszechnym wyjść na tą lepszą, bo czytającą! Absolutnie nie. Zależy mi na tym, aby podkreślić, iż ten artykuł natchnął mnie do tego, aby napisać trochę o tym, że tylko ludzie z pasją zmieniają świat! Nikogo nie przekonamy groźbami, straszeniem czy wywyższaniem się i z tym zgodzę się z Autorką przywołanego przeze mnie artykułu.

Od czterech lat pracuję w przedszkolu. Uczyłam różne dzieci, zarówno pochodzące z domów, w których rodzice czytali i takich, w których książki nie były codziennością. Zauważyłam natomiast jedno: dzieci uwielbiają słuchać głośnego czytania. Uwielbiają słuchać dobrych, mądrych książek. Dopytują się ciągle: kiedy nam pani poczyta, albo: czy kupiła pani już tę książkę, którą nam pani obiecała lub czy może pani jeszcze raz ją przynieść! Czytaliśmy wybrane historie i opowiadania, a nawet całe książki kilkanaście razy pod rząd. I nikt mi nie powie, że dzieci tak po prostu nie lubią czytania. Owszem, nabywają niechęci do czytania i książek, ale jest to temat na zupełnie inny tekst.

Zgadzam się także z tym, że to hobby nie jest dla wszystkich, tak jak nie wszyscy lubią podróże, motoryzację, piłkę nożną czy wycieczki wysokogórskie. Ale z drugiej strony, kiedy jeszcze niedawno jeździłam do pracy komunikacją miejską, ciągle widywałam mnóstwo ludzi w różnym wieku, z różnych środowisk i z różnych zawodów, czytających przeróżne książki, także na czytnikach czy telefonach komórkowych.

Jestem przekonana, że pokolenie dzieci, którym się czytało i które zaraziło się pasją i miłością do literatury, wyrośnie na pokolenie, które będzie czytało. A nawet, jeśli z jakiegoś powodu, gdzieś po drodze, dziecko, stając się dorosłym, zagubi w sobie chęć czytania, to w przyszłości samo będąc rodzicem, na nowo odkryje radość z czytania i zaszczepi ją swojemu potomstwu. Tym bardziej większa rola nauczycieli z pasją, szczególnie tych przedszkolnych i wczesnoszkolnych oraz bibliotek, świetlic i ośrodków kultury, w których dzieci mogą zostać zarażone dobrą literaturą.

Z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich życzę wszystkim Czytelnikom, aby swoją pasją zarażali innych, a dzięki temu zmieniali świat na lepszy!

 

Policzmy wspólnie do 10!

Anita Bijsterbosch jest autorką mądrych, zabawnych i przede wszystkim pięknie ilustrowanych książek dla dzieci (zapraszam na jej stronę: https://anitabijsterbosch.nl/). W ubiegłym roku Wydawnictwo Adamada wydało w Polsce pierwszą książkę tej autorki pt. Wszyscy ziewają. Jest to fantastyczna lektura dla wszystkich maluszków, które… nie chcą spać (pisałam już o niej i polecam wszystkim tym, którzy jeszcze jej nie znają: https://ksiazkowelove.wordpress.com/2016/09/06/na-dobry-sen-dla-maluszka/). Już za kilka dni, 9 maja, odbędzie się premiera nowej książki Anity Bijsterbosch pt. Gdzie jest konik morski?  

Samiec konika morskiego jest zupełnie niesamowity, bo to w jego torbie lęgowej dojrzewają młode koniki morskie. Bohater książki tato konik morski ma aż dziesięcioro małych dzidziusiów, to znaczy miał mieć dziesięcioro, bo okazało się, że młodych jest tylko dziewięcioro! Jeden najzwyczajniej w świecie na pewno się zgubił! Tatuś musi więc poszukać dziesiątego konika, dlatego wyrusza na wielką ekspedycję poszukiwawczą na dno oceanu. Tam, wśród wodorostów, ukwiałów, raf koralowych, skał i jaskiń, szuka swojego małego synka, spotykając różne morskie zwierzęta. Czy tato konik morski znajdzie dziesiątego dzidziusia?! Oczywiście, przecież to bardzo troskliwy tata!

18296961_1401546139891105_181556253_o

18318273_1401546129891106_104062721_o

Gdzie jest konik morski? to bardzo kolorowa i zabawna książka. Tekst i ilustracje zostały dostosowane do percepcji małego dziecka. Obrazki są wyraziste. bajeczne, mieniące się kolorami, zawierające niespodziankę na każdej stronie, dzięki otwieranym okienkom. Brak w niej zbędnych, dodatkowych szczegółów, które rozpraszałyby uwagę maluszka. Książka nie posiada tekturowych kartek, ale są to kartki dosyć grube, które trudniej zniszczyć małym rączkom.

Na okładce znajduje się informacja, że jest to książka przeznaczona dla 2,5-latków, jednak jestem przekonana, że jako lektura czytana wspólnie z rodzicami czy starszym rodzeństwem jest znakomita już dla roczniaków i dwulatków.

18297175_1401546103224442_383122937_o

Czytałam tę książkę znajomemu dwulatkowi, który zaśmiewał się z taty konika morskiego, który szukał swojego dziesiątego synka i nie mógł go znaleźć, a po drodze, zaglądając raz za kamień, kolejnym razem za muszlę, wodorosty czy do jaskini, znajdował zupełnie obce potomstwo.

Gdzie jest konik morski? to fantastyczna lektura, która może służyć do nauki liczenia do 10 oraz poznania liczebników. Nauka przez świetną zabawę gwarantowana!

Bardzo polecam!

18297214_1401546159891103_930783957_o Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Wydawnictwo Adamada: Gdańsk 2017.

Dlaczego gwiazdy migoczą? – o księdze pytań i odpowiedzi

Każdy, kto ma dziecko lub ma kontakt z dziećmi, wie, że mali milusińscy w którymś momencie przestają być tylko słodcy oraz uroczy i zaczynają, z częstotliwością dziesięć razy na minutę, pytać „a dlaczego to, a po co tamto?” itp., itd.… O ile na początku odpowiadamy dziecku z radością, o tyle później, kiedy pytania są coraz bardziej skomplikowane i nieoczywiste, zaczynamy się męczyć. Przecież, z jednej strony, chcemy zaspokoić wielki głód wiedzy dziecka, a z drugiej czasem nie starcza nam wiedzy, czasu, a niekiedy odpowiedniego słownictwa, aby skomplikowane procesy wytłumaczyć w prosty i przejrzysty sposób.

W jednej ze styczniowych recenzji pisałam o książce – skarbnicy wiedzy – zawierającej mnóstwo pytań i interesujących odpowiedzi dla dzieci od 10 roku życia. Dzisiaj serdecznie zapraszam na kapitalną książkę, która zaspokoi głód wiedzy każdego malucha od 4 roku życia (chociaż, mhm, nie wiem czy określenie maluch w kontekście czterolatka jest określeniem właściwym, gdyż dzisiaj usłyszałam od jednej bardzo rezolutnej czterolatki z bardzo marsową miną informację, że „ja nie jestem maluchem!”).

Dlaczego? Księga najlepszych pytań i odpowiedzi na temat nauki, przyrody i świata napisana przez Catherine Ripey ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka w lutym. Jest to mądra i bardzo ciekawa książka. Zawiera pytania, które może zadać każde dziecko oraz wyczerpujące odpowiedzi, które zostały napisane prostym językiem, dostosowanym do percepcji dzieci. Dodatkowym atutem tej pozycji są piękne, kolorowe ilustracje, które doskonale wpisują się w koncepcję książki.

18159992_1393177764061276_1503000187_o

Ponad 70 pytań zostało podzielonych na sześć kategorii: w kąpieli, w supermarkecie, przed snem, na dworze, w kuchni oraz wśród zwierząt gospodarskich. W tej świetnej lekturze znajdziemy między innymi takie pytania jak: dlaczego podczas kąpieli marszczą mi się palce, dlaczego czasami mogę rysować po lustrze, jak zwierzęta utrzymują czystość, jak to się dzieje, że rano ręczniki są suche, skąd zimą biorą się jabłka, dlaczego makaron ma różne kształty, dlaczego gwiazdy migocą, dlaczego tulipany zamykają się na noc, czym jest cień, jak to się dzieje, że rana przestaje krwawić, dlaczego burczy mi w brzuchu, skąd się bierze szkło, jak pszczoły robią miód, co to jest jarka.

18159875_1393177797394606_906475247_o

Jestem dorosła, a czytałam tę książkę z zaciekawieniem, natomiast dzieci słuchają jej z otwartymi buziami, niemalże bez ruchu i bez oddychania. Po każdym rozdziale znajduje się strona z ciekawostkami, która zainteresuje każdego malucha, zaspokajając jego głód wiedzy. Myślę, że polecałabym tę lekturę dzieciom do 7 roku życia, gdyż jeszcze wtedy będzie dla nich atrakcyjna i interesująca.

18159459_1393177670727952_577820120_o

Tą książką można się świetnie bawić – czytać pytania, zastanawiać się i samodzielnie szukać odpowiedzi, wręcz eksperymentować, a dopiero potem odczytywać odpowiedź, można także od razu czytać odpowiedź, a potem obserwować najbliższe otoczenie i sprawdzać poprawność odpowiedzi. Można czytać książkę od deski do deski, a można na wyrywki. Jestem przekonana (i wiem to z doświadczenia), że dzieci lubią słuchać o danym zagadnieniu do znudzenia, a potem zaczyna ich interesować coś innego i znowu chcą zaspokoić swoją wiedzę. Do tej lektury można wracać, bo jest gruba, zawiera mnóstwo ciekawych informacji. Jest kolorowa, przejrzysta i aż chce się do niej sięgnąć.

Polecam!

DlaczegoCatherine Ripley, Dlaczego? Księga najlepszych pytań i odpowiedzi na temat nauki, przyrody i świata, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

Uwaga: lektura pobudza do refleksji!

Jakiś czas temu burzliwie rozmawiałam z jedną z koleżanek z pracy o zajęciach dodatkowych w szkole podstawowej. Zaczęło się właściwie od tego, że moja rozmówczyni stwierdziła, że jedna godzina tygodniowo zajęć z filozofii jest zbędna. Nie zgadzam się z tym zdaniem, gdyż uważam, że dobrze prowadzona filozofia daje dzieciom możliwość nauczenia się mądrego stawiania pytań i prowadzenia kulturalnej rozmowy, a także rozwija logiczne myślenie oraz poszerza horyzonty. W wielu przedszkolach pojawiają się już zajęcia z filozofii i jasnym jest, że dzieci nie poznają tam teorii filozoficznych, ale najzwyczajniej w świecie zamieniają się w małych myślicieli, którzy próbują rozwiązywać ważne problemy, oczywiście na miarę ich możliwości. Jestem przekonana, że jeśli nauczymy dzieci myśleć i damy im ku temu możliwości, wyrosną z nich myślący i refleksyjni ludzie, a takich trudniej jest oszukać i zmanipulować.

Nieżyjący już kilka lat Leszek Kołakowski to znakomity polski filozof, eseista i publicysta, zafascynowany szczególnie filozofią kultury i religii. Od końca lat 60 XX wieku na stałe związany z Uniwersytetem w Oxfordzie oraz prowadzący gościnne wykłady na amerykańskich uczelniach.

Leszek Kołakowski to wielki popularyzator filozofii, człowiek, który pragnął wprowadzić filozofię pod przysłowiowe strzechy. Napisał wiele książek, które skierowane są do przeciętnego czytelnika, aby przybliżyć mu idee, traktaty czy myśli i prądy filozoficzne. W lutym nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się książka Leszka Kołakowskiego pt. Ułamki filozofii.

Ułamki filozofii to niewielka książka, która przywołuje sześćdziesiąt dwie myśli filozoficzne takich myślicieli jak: Arystoteles, Heidegger, Husserl, Berkeley, Pitagoras, Platon, Spinoza, Marek Aureliusz, Nitzsche, Hegel, Kierkegaard, Pascal, Jaspers i wielu, wielu innych. Leszek Kołakowski pozwolił sobie skomentować najbardziej znane myśli, odnieść je do kontekstu, z którego czasem zostały wyrwane, nadać im sens i zaprosić czytelnika do dialogu, a nawet skusić go do refleksji czy zakwestionowania niektórych powiedzeń, które na stałe wdarły się do kulturalnego dziedzictwa współczesnego człowieka.

Zachęcam do podróży z Leszkiem Kołakowskim przez różne nurty filozoficzne i fenomenalne, będące w powszechnym użyciu, myśli wielkich twórców, takie jak: „Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki”, „Wiem, że nic nie wiem”, „Myślę, więc jestem”, „Tabula rasa” czy „Niebo gwieździste nade mną i prawo moralne we mnie”.

Uwaga: ta lektura otwiera szerzej oczy i pobudza do refleksji! Polecam!

17916539_1377628962282823_496625697_o Leszek Kołakowski, Ułamki filozofii, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

Z nosem w ekranie

Całkiem niedawno od znajomej nauczycielki usłyszałam zabawną anegdotę z przedszkola, a mianowicie jeden z trzylatków, chcąc dogłębnie i bardziej z bliska obejrzeć ilustrację w książce, zaczął naciskać na stronę (zupełnie jakby to był ekran telefonu czy tableta), aby przyciągnąć obrazek i powiększyć go. Niestety papierowa książka to nie ekran, więc ilustracja nie mogła się powiększyć w tak magiczny sposób. Taki obrazek z przedszkolnego podwórka może bawić, ale z drugiej strony może trochę przerażać. Można powiedzieć, że współczesne dzieci, chcąc czy nie chcąc (a może bardziej to drugie), rodzą się z tabletem, telefonem czy też laptopem w rękach. Nie zatrzymamy już postępu i nowoczesnych technologii, możemy jednak nauczyć dzieci rozsądnego korzystania z nich.

Kilka tygodni temu dwa razy (na wykładzie i w świetnym artykule) natknęłam się na informację, że inżynierowie i programiści z Doliny Krzemowej w USA znanej z nowych technologii informatycznych, zabraniają swoim małym dzieciom korzystać z komputerów i nowoczesnych smartfonów, wybierając dla nich szkoły pozbawione technologii. Z jednej strony mają świadomość, jak bardzo komputeryzacja jest potrzebna i ułatwia ludziom życie (w końcu sami ją tworzą, prześcigając się w coraz to nowszych wynalazkach), ale z drugiej świetnie zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających na niedojrzałe organizmy dzieci, które stykają się tylko z jaskrawymi ekranami.

Końcem marca nakładem Wydawnictwa Kinderkulka ukazała się książka, która porusza problem uzależnienia od nowoczesnych technologii. Jest to dzieło Patricka McDonella pt. TEK. Nowoczesny jaskiniowiec. Książka przeznaczona jest dla przedszkolaków, ale może być również ciekawą propozycją dla dzieci trochę starszych. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że może zaciekawi również młodzież, szczególnie dzięki swojej zaskakującej formie.

17797048_1371840362861683_2115630070_o

Książka o Teku ma bardzo ciekawą szatę graficzną. W swoim wyglądzie nawiązuje do popularnych tabletów. Kształt, strona z kodem do wystukania, guzik włączenia, a także ikonki poziomu baterii czy WI-FI to wszystko ma wyglądać jak najprawdziwszy sprzęt elektroniczny (i naprawdę można się nabrać!).

Tek to mały, jaskiniowy chłopiec. Jest wolny, nie ma zbyt wielu obowiązków, mógłby cały dzień biegać wokół jaskini, oglądać niesamowite zwierzęta i inne jurajskie stwory, bawić się z dinozaurami i polować ze swoim najlepszym kumplem Rexem. No właśnie, mógłby… Ale Tek tego nie robi! Dlaczego?! Bo wciąż przesiaduje przed ekranem telefonu, tableta czy telewizora: rano, po południu, a nawet w nocy. Życie wokół niego toczy się swoim rytmem, świat się zmienia i mija czas, ale Tek tego nie widzi. Nie czuje takiej potrzeby, gdyż kolorowy, migający ekran wydaje mu się dużo ciekawszy! Na szczęście Tek ma rodziców, którzy się o niego martwią oraz wiernych przyjaciół, którzy nie pozwolą mu zestarzeć się w jaskini! Co zrobią? I czy ich plan się powiedzie?! Zajrzyjcie koniecznie do tej świetnej książki.

17796998_1371840352861684_1027292968_o

TEK. Nowoczesny jaskiniowiec to przede wszystkim książka przewrotna. Tata jaskiniowiec nie wymyślił jeszcze ognia, golarki i wielu innych pożytecznych rzeczy, ale wpadł na pomysł jak zrobić tableta i doprowadzić do niego Internet! To zdecydowanie dowcipna lektura. Opowieść o małym jaskiniowcu jest prosta, a zarazem wartościowa. Zawiera mądre przesłanie, dlatego w sam raz nadaje się do czytania i rozmów o nowoczesnych technologiach i rozsądku przy korzystaniu z nich. Książka jest bogata w zabawne, kolorowe ilustracje.

Polecam!

17837818_1371840389528347_419434902_o

Przygody Kajtka i spółki

Nie jestem literaturoznawcą, ale mam wrażenie, że Astrid Lindgren jest prekursorką literatury dziecięcej, w której bohaterami są zwyczajne dzieci. W jej książkach jest mnóstwo zwykłych przygód i codziennych zabaw małych bohaterów, opisywanych często w niezwykły sposób. Wydaje mi się, że to właśnie Astrid Lindgren pokazała w jaki sposób mądrze, a jednocześnie z dużym poczuciem humoru pisać dla dzieci i o dzieciach. Od czasów Dzieci z Bullerbyn powstaje mnóstwo nowych i ciekawych opowieści o zwyczajnych bohaterach.

Pod koniec lutego, nakładem Wydawnictwa Adamada, ukazała się książka Anity Głowińskiej pt. Dziura w gazecie, która wpisuje się w ten nurt, gdyż jej bohaterowie mogliby chodzić do każdej polskiej (i nie tylko) szkoły i przeżywać tam swoje zwyczajne przygody 😉 Jest to druga część książki pt. Do czego służy kotlet? Obie publikacje ukazały się w serii Tornister pełen przygód i są przeznaczone dla dzieci, które kończą przedszkole i niedługo rozpoczną swoją przygodę ze szkołą lub już są uczniami.

17668712_1363262720386114_1929495531_o

Tolek, Karol i Kajtek to kumple z jednej klasy. Ich przyjaźń codziennie przechodzi wzloty i upadki. Czasem są dla siebie wielkimi rywalami, a innym razem stają za sobą murem. W tej części będą musieli poradzić sobie z babcią detektywką, której trudno przychodzi pozwolić wnukowi na samodzielność, uratować zszargany honor Kajtka, pogodzić się w obliczu wizyty siatkarskiego idola w szkole, zetknąć się z wysoką kulturą w … muzeum i przeżyć wiele innych nie całkiem zwyczajnych przygód 🙂

Dziura w gazecie to zabawne, proste i ciekawe historie, które mogłyby przydarzyć się każdemu uczniowi, opisane z dużym poczuciem humoru. Są to także bardzo mądre opowiadania z morałem, jednak bez zbędnego dydaktyzmu.

17622794_1363262707052782_191363763_o

Przygody Kajtka i spółki zostały bardzo ładnie zilustrowane przez autorkę. Ilustracje są duże, kolorowe, świetnie współgrają z tekstem, a do tego do większości z nich został dołączony dowcipny komentarz.

Generalnie książka została wydana z wielką starannością. Duża czcionka, którą wydrukowano tekst, zachęca do samodzielnego czytania dzieci, które rozpoczynają naukę czytania lub dopiero co zaczęły samodzielnie czytać.

Polecam!

17670761_1363262787052774_1223512281_o Anita Głowińska, Dziura w gazecie, Wydawnictwo Adamada: Gdańsk 2017.