Archive | Wrzesień 2015

Choć przez chwilę jestem kryminologiem

Kiedy byłam nastolatką, marzyłam o tym, aby kiedyś w przyszłości zostać kryminologiem. Uwiedziona serialami takimi jak Kryminalne zagadki Las Vegas czy naszą rodzimą produkcją Kryminalni, ale i zaczytana powieściami Agathy Christie chciałam być nieustraszonym detektywem (lub detektywką 😉 ) i po nitce do kłębka, zbierając niewidzialne dla ludzkiego oka ślady, rozwiązywać kryminalne zagadki. Dreszczyk emocji przebiegał mi po plecach, kiedy myślałam o czekających mnie sprawach i wiedziałam, że nigdy nie będę się nudziła w pracy, rozwiązując mroczne zagadki i szukając słabych stron zbrodni doskonałych. No cóż, marzenia… Tych dotyczących wykonywanego kiedyś w mglistej przyszłości zawodu miałam jeszcze kilka, a w końcu wybrałam zupełnie inną drogę życiową (zgadza się to z marzeniem o byciu kryminologiem o tyle, że nigdy nie nudzę się w pracy 😉 ).

Ale do rzeczy, kryminologiem nie zostałam, jednak pozostała we mnie sympatia do kryminalnych powieści pełnych mrocznych zagadek. Pisałam już o królowej polskiego kryminału – Katarzynie Bondzie i jej opowieści o Saszy Załuskiej, dlatego teraz postanowiłam napisać o mojej fascynacji innymi powieściami tej utalentowanej pisarki.

Czy na segregowaniu odpadów można się dorobić? Co łączy śmieciowego barona ze zbrodnią sprzed lat? Czy pięknie odnowiona kamienica w centrum Katowic została przeklęta i już zawsze będą w niej ginąć ludzie? Czy osławiona i odnosząca sukcesy seksuolog może stać się ofiarą przemocy seksualnej? Czy można prowadzić sprawę o morderstwo kiedy wszyscy kłamią? Jak wydobyć zeznania od zmarłych, skoro tylko oni nie kłamią? Na te i inne pytania poznacie odpowiedź, jeśli sięgniecie do fantastycznej książki Katarzyny Bondy Tylko martwi nie kłamią.

Najpierw ginie jedno dziecko – nastoletni Amadeusz. Po kilku latach w tej samej okolicy znika dziewięcioletnia dziewczynka – Zosia. Znana i poważana florystka, matka zabitego przed laty chłopca jest ostatnią osobą, która widziała dziewczynkę żywą. Czy te dwie zbrodnie coś łączy? Czy nieutulona w żalu po stracie syna kwiaciarka mogła porwać i zabić dziewczynkę? Dlaczego nikt nic nie widział? Czy ma jakieś znaczenie to, że matka dziewczynki to Cyganka? W czasie śledztwa wychodzi na jaw kolejne, zupełnie przypadkowe zabójstwo – czy może mieć coś wspólnego z zabitymi dziećmi? Florystka to niezwykle ciekawa i emocjonująca powieść, a przewrotne zakończenie tylko dodaje jej pikanterii.

Czy coś łączy te dwie książki? Oczywiście! To postać psychologa policyjnego – Huberta Meyera. Hubert pracuje jako profiler, czyli osoba, która wykonuje psychologiczne portrety sprawców przestępstw. Jest niezwykle inteligentny i pracowity. Zdecydowanie da się lubić, dlatego Czytelnik kibicuje jego decyzjom i martwi się jego porażkami. W obu powieściach Bondy, oprócz głównej fabuły, możemy śledzić życie prywatne Meyera (pierwsza książka z serii to Sprawa Niny Frank – niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytać, ale mam nadzieję, że uda mi się to szybko nadrobić 😉 ). W Tylko martwi nie kłamią Meyer jest czynnym pracownikiem policji, jednak podwija mu się noga i Czytelnik Florystki zastaje go w kiepskim stanie, gdzieś w głuszy i w dodatku na bezrobociu. Jednak koledzy o nim nie zapominają i kiedy ginie Zosia, proszą go o pomoc. Jak ułoży się życie Meyera po zakończeniu śledztwa przekonajcie się sami.

Serdecznie polecam książki Katarzyny Bondy Tylko martwi nie kłamią i Florystkę. Także i Wy możecie popracować jako kryminolodzy, chociaż przez krótką chwilę 😉

20150816_140437 Katarzyna Bonda, Tylko martwi nie kłamią, Wydawnictwo Muza: Warszawa 2015.

20150816_140424 Katarzyna Bonda, Florystka, Wydawnictwo Muza: Warszawa 2015.

Wbrew logice

Zupełnie nie wiem, dlaczego przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, zwłaszcza, że inne powieści tej autorki zupełnie mi się nie podobały. Nie dość, że wtedy ją przeczytałam, to jeszcze zamiast wypożyczyć, wbrew logice, która mówiła, że skoro inne mnie nie urzekły, to szkoda wydawać pieniędzy na kolejny bubel; to ja ją kupiłam! No tak, ktoś przyglądający się mojemu nieracjonalnemu działaniu popukałby się w głowę. Ale myślę, że miałam wtedy intuicję i to dobrą intuicję, bo nie dość, że była to bardzo dobra i wciągająca lektura, to jeszcze sięgnęłam po inne książki tej autorki i ponowne zdziwienie, bo rozsmakowałam się w jej literackim świecie i do dziś bardzo ją cenię. W taki oto zagmatwany sposób polubiłam Olgę Tokarczuk i jej powieść Bieguni.

Bieguni, jak można przeczytać na okładce książki, to odłam prawosławnych starowierców. Wyznawcy tej religii wierzyli, że na świecie jest mnóstwo zła, że stagnacja to według nich akceptacja zła, przyzwalanie mu prawa do trwania w ludzkim życiu i jedyną możliwością, aby się przed nim ustrzec jest podróżowanie.

Książka Tokarczuk to taka opowieść o współczesnych biegunach, ich potrzebie życia w nieustającym ruchu. Literaccy bieguni podróżują głównie po świecie, ale są to również wędrówki w głąb siebie, ale i po ciele ludzkim, które skrywa wiele tajemnic do odkrycia. Na całą powieść składają się różne krótsze i dłuższe opowieści, których spajającą klamrą jest kobieta – biegun, podróżniczka i poszukiwaczka, narratorka części historii.

Bieguni pozwalają na rozmyślania nad naszym własnym życiem i wyznawanymi wartościami. Oceniamy bohaterów, potępiamy ich lub wręcz przeciwnie utożsamiamy się z nimi. Zazdrościmy im życia lub dziwimy się ich wyborom.

Bieguni to niezwykle wciągająca książka, którą dobrze się czyta. Opisywane historie są ciekawe i emocjonujące, czasem wręcz szokujące, ale także inicjujące do samodzielnych poszukiwań. Chce się do niej wracać. Zamyka się ją, ale pozostaje w pamięci jeszcze długo. Pierwszy raz czytałam ją kilka lat temu, zaraz po wydaniu i mam w pamięci zupełnie inne obrazy, niż te które pojawiły się teraz, przy drugim czytaniu. Jestem starsza, dojrzalsza, z nowymi doświadczeniami, a więc odbiór jest także inny.

Proza Olgi Tokarczuk jest bardzo specyficzna. Myślę, że jest to powieściopisarka, którą się albo ceni, albo wręcz przeciwnie. Szybkie zmiany tematu, powrót do nagle przerwanych historii, rozpoczęcie nowych wątków w miejscach, w których Czytelnik zupełnie się tego nie spodziewa, to może frustrować, ale i działać twórczo czy też poznawczo.

Polecam Biegunów Olgi Tokarczuk, przeczytajcie i stańcie się biegunami, choć na 451 stron! 🙂

20150923_144143 Olga Tokarczuk, Bieguni, Wydawnictwo Literackie: Kraków 2009.

Filmowo – literackie opowieści o brzydkich kaczątkach

Niedawno byłam w kinie (uwielbiam nie tylko książki, ale również kino 😉 ) na bardzo pięknym libańskim filmie Anioł. Opowiada on historię Leby, skromnego nauczyciela i ojca dwóch dziewczynek, który przez sąsiadów i znajomych ciągle jest zasypywany życzeniami narodzenia syna. Wraz z żoną decydują się na trzecie dziecko i tym razem, ku uciesze lokalnej społeczności, rodzi im się syn. Okazuje się jednak, że chłopiec jest niepełnosprawny i o ile nie przeszkadza to jego rodzicom, to zaczyna doskwierać miejscowym ludziom. Leba kocha swojego syna i chce go ustrzec przed losem ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci, dlatego wraz z żoną decydują się na odważny krok… Czy mały niepełnosprawny chłopiec może zmienić życie zakłamanych ludzi? Czy jego niepełnosprawność może okazać się cudowna i wyjątkowa? O tym przekonacie się, jeśli obejrzycie film, a zaręczam, że warto! Anioł to naprawdę dobre, dające do myślenia i wzruszające kino.

Rozpisałam się o filmie, a mój blog dotyczy przecież książek 😉 No tak, wracając do mojej wizyty w kinie, chciałam napisać, że oglądając Anioła pomyślałam o genialnej książce dotyczącej niepełnosprawności dziecka, a mianowicie o Poczwarce Doroty Terakowskiej.
Poczwarka opowiada historię kobiety i mężczyzny- Ewy i Adama, współczesnego małżeństwa, które- w ich mniemaniu- ma wszystko: wykształcenie, dobrą pracę, dającą im pieniądze i pozwalającą im się realizować i spełniać wszystkie marzenia, pozycję społeczną, dom, który w najmniejszym szczególe został zaprojektowany tak, aby był reprezentacyjny, niekoniecznie praktyczny i wygodny. Można by powiedzieć, że to wzorcowe, idealne małżeństwo. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka, które ma być dziedzicem ich materialnych i niematerialnych dóbr, które zdobyli dzięki własnej pracy i poświęceniom. Dziecko zostaje więc skrupulatnie zaplanowane, aby nie było niespodzianką, musi bowiem pojawić się w odpowiednim czasie, aby swoim przyjściem na świat uświetnić sukces rodziców. Rodzi się więc Marysia- nie jest jednak idealnym dzieckiem, o jakim marzyli Ewa z Adamem, to upośledzone dziecko. Dziewczynka ma zespół Downa, nie jest to jednak łagodna postać, która dla niewprawnego oka wydałaby się jedynie dziewczynką ze skośnymi oczami, ale postać ciężka, z głębokim upośledzeniem umysłowym. Dla Ewy i Adama te narodziny są końcem ich idealnego życia, coś poszło nie tak jak sobie zaplanowali.

Dorota Terakowska odmalowała bardzo ciekawe studium przypadku małżeństwa, któremu rozpada się życie, kiedy przychodzi na świat niepełnosprawne dziecko. Nie ulega wątpliwości, że niepełnosprawność potomka jest bardzo trudna do przepracowania, jest często nieoczekiwana. Jednak z drugiej strony upośledzone dziecko jest wyjątkowe, jest niezwykłym darem, ma w sobie jakąś cudowność (zupełnie jak każdy z nas), nieuchwytność. Jest poczwarką, która pewnego dnia może zamienić się w motyla. O tym także napisała Terakowska, z niezwykłą czułością i delikatnością.

Poczwarka to bardzo dobra powieść, chwyta za serce, ale także każe się zatrzymać i zastanowić. Czyta się ją jednym tchem i ma ochotę na jeszcze, pomimo tego, iż tematyka jest naprawdę trudna i delikatna. Kilkakrotnie przeczytałam już tę książkę, ale wiem, że jeszcze kilka razy do niej wrócę.

Powiedziałabym, że zarówno bohater Anioła, jak i Marysia – tytułowa poczwarka, to takie literackie brzydkie kaczątka, a ten, kto potrafi dostrzec więcej, zapewne zobaczy ich przemianę w piękne łabędzie.

Bardzo gorąco polecam i zachęcam do czytania, ale, i wyjątkowo w tej recenzji, także do oglądania! 🙂

20150921_190816 Dorota Terakowska, Poczwarka, Wydawnictwo Literackie: Kraków 2001.

To, co w życiu ważne!

Co byście zrobili, gdybyście stracili cały sens życia?! Jennifer postanowiła popełnić samobójstwo. Uznała, że nic i nikt nie zdoła przywrócić jej sensu i radości życia. Tak zaczyna się ta krótka, piękna opowieść Jana Goldsteina Wszystko, co ważne.

Jennifer ma ponad dwadzieścia lat, przelotne związki jej nie satysfakcjonują, a życie rodzinne jest dalekie od ideału. Matka zginęła w wypadku, gdy Jennifer była nastolatką, a ojcu dopiero co urodziła się druga córka w związku z niewiele starszą od Jennifer partnerką. Kobieta ma poczucie, że na nikogo nie może już liczyć. Postanawia się zabić, jednak Ktoś o wiele od niej potężniejszy działa i Jennifer zostaje odratowana. Po nieudanej próbie samobójczej ojciec zamierza zamknąć córkę w szpitalu psychiatrycznym, wszystko w białych rękawiczkach, dla jej bezpieczeństwa. Jednakże pojawia się długo niewidziana babka, mieszkająca w Nowym Jorku. Gabby, bo tak każe do siebie mówić, postanawia walczyć o swoją wnuczkę i pokazać jej piękno świata oraz radość życia. Pragnie nauczyć ją tego, czego sama nauczyła się kilkadziesiąt lat wcześniej w dalekiej Polsce naznaczonej cierpieniem i ogromem Holocaustu, a czego nie zdążyła czy też nie potrafiła przekazać swojej jedynej córce.

Czy staruszka potrafi przekazać młodej kobiecie radość życia? Czy daleka podróż będzie dobrym pretekstem do słodko-gorzkich wspomnień? Czy Jennifer potrafi wytrwać w swojej obietnicy? Czy Gabby wystarczy zaufania dla wnuczki? Jaką tajemnicę skrywa babka i czy będzie ona wystarczająco intrygująca, aby Jennifer pokochała życie?

Wszystko, co ważne jest krótką, ale bogatą w treść książkę. Historia Jennifer i jej babki Gabby jest ciekawa i dobrze napisana. Sekret Gabby jest bardzo prosty i nadający życiu sens, a tak trudno czasem stosować go w życiu. Sięgnijcie do książki i poczujcie radość życia! Polecam 🙂

to co ważne Jan Goldstein, Wszystko, co ważne, Wydawnictwo Galaktyka: Łódź 2006.

Jodi Picoult – daje do myślenia!

Jodi Picoult jest jedną z moich ulubionych pisarek. Przeczytałam prawie wszystkie dostępne w Polsce jej książki i uważam je za godne polecenia, a niektóre z nich wręcz za genialne 😉 Zastanawiałam się jaką formę ma przybrać ta recenzja; czy mam napisać kilka recenzji o książkach tej niezwykle utalentowanej pisarki czy jedną całościową. Postanowiłam napisać jedną i podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat jej pisarstwa w ogóle, a przy tym polecić powieści szczególnie chwytające za serce. Ale po kolei 🙂

Pierwszy raz z powieścią Jodi Picoult zetknęłam się wiele lat temu, gdy polecono mi jej Świadectwo prawdy. Przeczytałam i była to zdecydowanie miłość od pierwszego wejrzenia. Świadectwo prawdy to obyczajowa powieść z wątkiem kryminalnym, trzymająca w napięciu do ostatniej strony. Opowiada historię niezwykle cichej i pobożnej społeczności amiszów, której spokój zostaje zburzony, kiedy na jednej z farm zostaje znaleziony martwy noworodek. To niezwykła opowieść, którą rewelacyjnie się czyta, jest pełna zwrotów akcji i ma przewrotne zakończenie, którego nie powstydziłaby się sama królowa kryminałów Agatha Christie! Generalnie pisarstwo Jodi Picoult charakteryzuje się trzymającą w napięciu fabułą i niewiarygodnymi zakończeniami, ale o tym za chwilę.

Jedną z moich ulubionych powieści Picoult i takich, od których nie sposób się oderwać jest To co zostało. To ponad pięciuset stronicowe tomisko przeczytałam jednego dnia 😉 Miałam wolny dzień (nie czekały na mnie żadne obowiązki uff), a kiedy zaczęłam czytać, nie byłam w stanie się oderwać (dosłownie!). To co zostało jest historią dziewczyny, która musi zmierzyć się z przeszłością swojej rodziny, przeszłością naznaczoną Holokaustem, ale także przeszłością oddziałującą na teraźniejszość i przyszłość. Jest to jedna z lepszych powieści, które przeczytałam w życiu, bardzo godna polecania!

Jodi Picoult prawie zawsze porusza w swoich książkach bardzo trudne i delikatne kwestie, czasem kontrowersyjne i takie, które mają zagorzałych zwolenników oraz przeciwników. Możemy przeczytać w jej powieściach o eutanazji (Deszczowa noc), aborcji w kontekście niepełnosprawności nienarodzonego dziecka (Krucha jak lód), objawieniach (Jesień cudów), molestowaniu seksualnym dziecka (W imię miłości), Holokauście (To co zostało), przemocy w związku (Jak z obrazka), zespole Aspergera (W naszym domu), śmiertelnej chorobie dziecka (Bez mojej zgody) czy masowych morderstwach w szkołach (Dziewiętnaście minut).

Książki Jodi Picoult to zdecydowanie powieści obyczajowe, jednak w wielu z nich przewijają się wątki kryminalne, dlatego czyta się je jak dobry kryminał. Niewątpliwym atutem pisarstwa Picoult są dobrze skonstruowani bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, którzy mają swoje lepsze i gorsze dni. Wielu z nich autorka pozwala opowiedzieć część historii ze swojej perspektywy, co daje czytelnikowi bogatszy obraz toczących się wydarzeń. Dla mnie niezwykle wartościowa wydaje się możliwość opowiadania historii z perspektywy osób o odmiennych, wręcz sprzecznych poglądach, chciało by się kolokwialnie rzec stojących po przeciwnej stronie barykady. Myślę, że obok żadnej z powieści Picoult nie można przejść obojętnym, możemy się nie zgadzać z bohaterami, nie lubić ich lub wręcz przeciwnie kibicować im, ale nie będzie to czytanie beznamiętne. I sądzę, że autorce właśnie o to chodzi, aby Czytelnik emocjonował się opisywanymi wydarzeniami, rozmyślał, co on zrobiłby na miejscu tego czy innego bohatera. Te książki dają bardzo dużo do myślenia, są świetnym pretekstem do dyskusji czy dalszych poszukiwań w interesującym nas temacie. Kolejną zaletą powieści Picoult są przewrotne zakończenia, często poddające w wątpliwość sensowność działań głównych bohaterów lub wręcz je ośmieszające. Kontrowersyjne tematy, świetnie skonstruowana fabuła, wartka akcja, nieprawdopodobne zakończenia to wszystko znajdziecie w pisarstwie Picoult!

Jodi Picoult to rewelacyjna powieściopisarka, bardzo gorąco polecam jej wszystkie książki! One zdecydowanie dają do myślenia!

w naszym domu Jodi Picoult, W naszym domu, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2011.

Wszystkie powieści Jodi Picoult wydaje Prószyński i S-ka.

„Pan Tadeusz” – z obwiązku?! Nie, dla przyjemności!!!

To będzie bardzo krótka recenzja, a będzie dotyczyła, nie żadnej innej książki, ale jak już wiecie z tytułu, Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.

Zawsze byłam bardzo sumienną i dokładną uczennicą, a szczególnie na lekcjach języka polskiego, gdyż przedmiot ten był moim ulubionym. Przygotowywałam się na każde zajęcia i dokładnie czytałam wszystkie zadane lektury, no prawie wszystkie. Przyznaję się bez bicia, że dwóch czy trzech nie przeczytałam i aż wstyd się przyznać był między nimi właśnie Pan Tadeusz. To wszakże nasza epopeja narodowa, wspaniała, czytana, pięknie zekranizowana przez Andrzeja Wajdę. Ale myślę, że nie byłam odosobnionym przypadkiem, wielkie grono uczniów nie czytało tej lektury, gdyż wydawała się im nudna, stara i w ogóle przez to, że jest napisana wierszem, nienadająca się do zrozumienia. Też tak myślałam, pamiętam, że miałam epizody sięgania po nią zarówno w gimnazjum i liceum, ale nic dobrego z tego nie wyszło.

Po ukończeniu studiów i zakończeniu nauki (przynajmniej tej obowiązkowej) postanowiłam sięgnąć po Pana Tadeusza i przekonać się czy jest to rzeczywiście książka nie do przejścia. W tym celu pożyczyłam nawet książkę o Adamie Mickiewiczu, aby trochę przygotować się do przykrej lektury. Czego dowiedziałam się z tej książki i czy warto ją było przeczytać to już materiał na zupełnie inną recenzję, ale zaręczam, że nie była mi ona potrzebna do zrozumienia naszej epopei narodowej.

No więc przygotowałam się psychicznie i intelektualnie i zaczęłam czytać. I co się okazało?! Okazało się, że Pan Tadeusz to fantastyczna lektura, którą szybko i sprawnie się czyta! Nie miałam kompletnie żadnych problemów ze zrozumieniem. Mało tego – zachwyciłam się Panem Tadeuszem! Ta lektura mnie wprost oczarowała. Nie wiem dlaczego wcześniej nie mogłam przez nią przebrnąć?! Być może wynika to z dorastania do niektórych lektur 😉

Bardzo gorąco zachęcam do czytania tych z Was, którzy nigdy nie przeczytali Pana Tadeusza! To naprawdę fantastyczna książka! Sięgnijcie po nią, spróbujcie! Może się okaże, że zachwycicie się nią tak jak ja! 🙂

FOT6D96 Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Wydawnictwo Elipsa: Warszawa 1990.

Lotta ma bardzo zły humor!

Uwielbiam Astrid Lindgren i bardzo sobie cenię jej książki. Była genialną obserwatorką dziecięcych zachowań i ich psychiki i może dlatego, choć minęło ponad pięćdziesiąt lat od wydania jej niektórych utworów dla najmłodszych czytelników, jej książki są nadal tak poczytne, a wiele dziecięcych problemów w nich poruszanych nadal aktualnych. Jedną z moich ulubionych postaci wymyślonych przez Astrid Lindgren jest Lotta. Ta mała, niesforna dziewczynka podbiła moje serce. O jej przygodach przeczytamy w dwóch tomach: Dzieci z ulicy Awanturników oraz Lotta z ulicy Awanturników.

W niewielkim żółtym domu przy ulicy Garncarzy mieszka rodzina Nymanów: Jonas, Mia Maria, Lotta oraz mamusia i tatuś. Z racji wielkiego hałasu i ciągłych awantur ulica według taty powinna zmienić nazwę na ulicę Awanturników. Tak zaczyna się przezabawna pierwsza część cyklu: Dzieci z ulicy Awanturników. Narratorem tej części jest Mia Maria, która opowiada o wspaniałych, a jednocześnie bardzo prostych zabawach i przygodach, jakie przeżywa razem z rodzeństwem, w czasach, kiedy telewizor i komputer nie były jedną z głównych aktywności dzieci. Mali awanturnicy bawią się więc w piratów czy w szpital, urządzają sobie wycieczkę, zaprzyjaźniają się ze starszą panią z sąsiedztwa oraz odwiedzają dziadków. Opowieściom towarzyszom zabawne dialogi i konkluzje, które rozśmieszą nie tylko małych czytelników.

Druga część cyklu to Lotta z ulicy Awanturników, która opowiada o pewnym dniu, w którym Lotta obudziła się w bardzo złym humorze. Z racji swoich pięciu lat Lotta nie była w stanie poradzić sobie ze swoimi negatywnymi emocjami, stąd jej niemądre i impulsywne zachowania, które pociągnęły za sobą niecodzienne zdarzenia. Nie będę ich zdradzać, warto sięgnąć do źródła 🙂 Ta opowieść jest bardzo dobrze napisana, dzieci w wieku przedszkolnym mogą utożsamić się z krnąbrną dziewczynką i zastanowić czy jej zachowania były rozsądne. Kiedy w swojej pracy pedagogicznej przygotowywałam zajęcia o emocjach, postanowiłam wykorzystać tę książkę i porozmawiać z dziećmi o złości. Muszę przyznać, że zajęcia udały się znakomicie, a przedszkolaki odnalazły w Lotcie swoją rówieśniczkę, która tak jak oni czuje złość i nie potrafi sobie z nią poradzić. Lotta i jej zły humor to naprawdę znakomity przyczynek do rozmowy o złości i jej nieodłączności w naszym życiu, a także o konstruktywnych sposobach radzenia sobie z nią.

Zabawne było to, że przedszkolaki tak bardzo polubiły Lottę, że kiedy obiecałam kupić Dzieci z ulicy Awanturników i im poczytać, to do momentu, w którym w końcu nie zakupiłam i nie przyniosłam książki, wypytywały o nią codziennie 😉 Nie miałam wyboru i szybko zakupiłam obiecaną książkę, ale zakup bardzo się opłacił!

Obie książki o przygodach Lotty są przeznaczone dla dzieci od lat 4 i zaręczam, że bardzo podobają się dzieciom. Są one ponadto niezwykle wartościowe i pouczające. Zdecydowanie polecam!

20150906_202704 Astrid Lindgren, Dzieci z ulicy Awanturników, Wydawnictwo Nasza Księgarnia: Warszawa 1994.

20150906_202654 Astrid Lindgren, Lotta z ulicy Awanturników, Wydawnictwo Nasza Księgarnia: Warszawa 2004. Wydawca kolekcji CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM: Polityka.

Jeżycjada – moja miłość od pierwszego wejrzenia!

Do książek z serii Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz zapałałam nagłą i niespodziewaną miłością. I jeśli trzymamy się terminologii miłosnej, to muszę podkreślić, że była to miłość już w dojrzałym wieku (mhm… przesadziłam z tym dojrzałym wiekiem, gdyż miałam wtedy dwadzieścia kilka lat, jednak warto w tym miejscu podkreślić, że jest to proza dla nastolatek, a ja już wtedy nastolatką nie byłam 😉 ). Dlaczego, w sumie dosyć późno, sięgnęłam do książek z serii Jeżycjada, przeznaczonych głównie dla młodzieży? Otóż muszę przyznać, że po pierwsze zawsze wydawało mi się, że nie lubię książek pani Musierowicz, te tytuły jakieś takie dziwne, to i zapewne książki do kitu (o zgrozo! Ale byłam wtedy niemądra!)! A po drugie poleciła mi je Madzia – moja przyjaciółka – i z tego miejsca pragnę jej za to podziękować (chociaż chyba już dziękowałam na żywo, a może nie… 😉 )

Wszyscy, a może szczególnie wszystkie (jako, że bohaterkami serii są dziewczęta, więc czytelniczkami zapewne w większości także) wierne Czytelniczki Jeżycjady kochają te powieści za coś innego i nie muszę im już ich polecać. Ale znajdą się być może takie osoby, które tej prozy nie znają czy nie zostały do niej zachęcone lub z jakiegoś powodu myślą, że nie jest to literatura wartościowa (zupełnie jak ja przed kilku laty), dlatego pozwolę sobie napisać, za co ja pokochałam tę serię.

Małgorzata Musierowicz zaczęła pisać Szóstą klepkę – pierwszą książkę w serii – w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Główni bohaterowie Jeżycjady to rodzina Borejków: Mila i Ignacy oraz ich cztery córki Gabrysia, Ida, Natalia i Patrycja oraz ich przyjaciele i znajomi. Akcja większości powieści toczy się na poznańskich Jeżycach, stąd nazwa serii. Borejkowie to niecodzienna rodzina, która bardzo kocha książki oraz szczególnie ceni i pielęgnuje relacje międzyludzkie. W książkach pani Musierowicz uważny Czytelnik odnajdzie wiele wspaniałych wartości takich jak miłość, przyjaźń, rodzina, dobro, ale także prostą radość życia. Każda powieść to osobna historia, dlatego można czytać je w dowolnej kolejności, ale jeśli ktoś chce zachować chronologię i poznać losy rodziny Borejków i ich przyjaciół na przestrzeni lat, to warto trzymać się kolejności. Według mnie bardzo ważne jest to, iż saga Borejków to nie łzawa telenowela, gdzie wszyscy zdradzają, oszukują i knują między sobą. Świat przedstawiony w Jeżycjadzie jest oczywiście podobnie jak w rzeczywistości pełen zła, ale ważne jest to, iż dobra jest w nim zdecydowanie więcej. Książki o Borejkach są niezwykle pozytywne, dla mnie są jak dobry przyjaciel, do którego mogę się udać zarówno w dobrych jak i złych momentach życia. Pani Małgorzata Musierowicz wydała już dwadzieścia książek z serii Jeżycjada, dla wiernych czytelników fantastyczna wiadomość z ostatniej chwili, iż w grudniu ukaże się kolejna, już dwudziesta pierwsza część.

Moją ulubioną książką z serii jest zdecydowanie Opium w rosole, kilka dni temu przeczytałam ją po raz kolejny, już straciłam rachubę który. Czytam ją zawsze wtedy, kiedy jestem smutna, albo wzruszona, ale także wtedy, kiedy po prostu przyjdzie mi na nią ochota. Szósta klepka, Kłamczucha i Brulion Bebe B. to świetny sposób na poprawę humoru i rozśmieszenie. Idę Sierpniową czytam, kiedy za oknem jest szaroburo, leje deszcz i nie zanosi się na słońce. Imieniny niezwykle mnie relaksują. Noelkę czytam zawsze w Święta Bożego Narodzenia, gdyż akcja tej niewielkiej powieści toczy się w Wigilię Bożego Narodzenia, a kiedy tylko ją skończę biorę się za McDusię, również osadzoną w czasie tych pięknych Świąt.

Bardzo, bardzo serdecznie polecam książki pani Małgorzaty Musierowicz z serii Jeżycjada! Zakochajcie się w nich tak jak ja 😉

20150901_203307Małgorzata Musierowicz, Opium w rosole, Wydawnictwo Akapit Press.

20150901_203403Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka, Wydawnictwo Akapit Press.

20150901_203249Małgorzata Musierowicz, Noelka, Wydawnictwo Akapit Press.

20150901_203340Małgorzata Musierowicz, Wnuczka do orzechów, Wydawnictwo Akapit Press.