Archiwum

Kobieta na zakręcie…

Kobieta na zakręcie swojego życia, bez pracy, perspektyw, u boku (nie)właściwego mężczyzny to świetny początek dobrej powieści. Tym lepszej, im pisarz jest zdolniejszy i ma bardziej bujną wyobraźnię. Dodatkowym bonusem jest umiejętność zaskoczenia Czytelnika, tak, aby po pierwszych czterdziestu stronach nie domyślił się przebiegu całej fabuły…

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej Anny Brody to właśnie trochę taka historia. Marta mieszka w Warszawie ze swoim ukochanym i jest w trakcie pisania drugiej książki. Jej pierwsze dzieło to genialny kryminał, niestety do tej pory nie wydany, bo nikt się jeszcze na nim nie poznał, no ale w końcu książek J. K. Rowling też nikt nie chciał przez lata wydać, a finalnie stały się wielkimi bestselerami!

Na początku Marta ma trochę trudno, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że długo to nie potrwa. Szczególnie, jeśli będzie stosowała się do rad Andrew (swojego narzeczonego, a zarazem mistrza savoir-vivre) oraz jego, idealnej w każdej dziedzinie, asystentki. No, cóż, kiedy Marta jest strasznie uparta, a w dodatku oporna na „dobre” rady. Dodatkowo całą sytuację skomplikuje Kraków, pogrzeb oraz pewien zapyziały i zapuszczony sklepik…

Anna Broda napisała ciekawą i zaskakująca książkę. Chociaż zakwalifikowałabym ją jako lekkie i przyjemne czytadło, to nie jest to książka pusta i bezwartościowa. Autorka świetnie przedstawiła (zestawiając ze sobą) sztuczny świat show-biznesu i nie zawsze proste, ale pozytywne relacje rodzinne. Życie nie jest proste, czasem skazuje nas na cierpienie i każe podejmować trudne decyzje, ale zgodnie z tytułową teorią zakalca, zawsze mamy szansę, aby próbować od nowa…

To fajna lektura na wakacyjne wojaże, polecam!

Teoria_zakalca_okladka Anna Broda, Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej, Wydawnictwo Muza: Warszawa 2017.

Niewygodne pytania…

„Kiedy Christina trzymała mnie za rękę, a pani Mina ściskała dłoń mamy, nastała chwila – mgnienie oka, jedno uderzenie serca – gdy wykształcenie, pieniądze i kolor skóry się nie liczyły. Wszyscy byli równi, a jedna kobieta zwyczajnie pomagała drugiej.”!!!

Kiedy dowiedziałam się, że Jodi Picoult napisała nową książkę, byłam bardzo poruszona. Uwielbiam pisarstwo tej Amerykanki, gdyż w każdej swojej powieści porusza ona bardzo współczesne i ważne problemy. Kiedy natomiast usłyszałam, że Jodi Picoult napisała książkę o rasizmie, trochę się zdziwiłam, gdyż jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, o czym może być ta książka. Pomyślałam nawet, że przecież rasizm nie może być zbyt popularny, żyjemy przecież w XXI wieku i cywilizowani ludzie powinni (przynajmniej z zasady) oceniać człowieka po jego postawie i czynach, a nie po kolorze skóry! Ale z drugiej strony, widząc, co się dzieje na świecie, trudno nie zgodzić się z tym, że rasizm w dalszym ciągu ma się całkiem nieźle. Kilka lat temu oglądałam bardzo dobrą kampanię społeczną wyprodukowaną przez firmę Nike, w której występowali czarnoskórzy sportowcy. Jeden z filmów pokazywał piłkarzy, którzy podkreślali, że uwielbiają pozytywne emocje na stadionie, kochają strzelać do bramki, ale są wstrząśnięci tym, że są ludzie, którzy postrzegają ich jako gorszych piłkarzy tylko dlatego, że przeszkadza im ich kolor skóry! Skoro powstają takie książki i skoro tworzy się takie kampanie, to znaczy, że są one bardzo potrzebne!

Bardzo często wzruszam się na filmach, natomiast rzadziej wzruszam się, czytając książki. Na najnowszej powieści Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy byłam głęboko poruszona i wzruszona. Łzy same popłynęły.

Ruth już od szkoły podstawowej miała pod górkę, gdyż jako jedna z niewielu czarnoskórych dzieci, uczęszczała do szkoły, gdzie przeważały dzieci zamożnych, białych ludzi. Nie liczyło się to, że była zdolna i niesamowicie uparta oraz cierpliwie dążyła do raz obranego celu. Liczyło się przede wszystkim to, że była czarna, a więc nigdzie do końca nie pasowała: do białych, przez kolor swojej skóry, a do czarnoskórych przez uczęszczanie do szkoły dla białasów!

Na szczęście Ruth skończyła szkołę i od ponad dwudziestu lat mogła robić to, co kochała, czyli pracować jako pielęgniarka w prowincjonalnym szpitalu w Mercy – West Haeven. Rewelacyjnie wywiązywała się ze swoich obowiązków, była uczciwa, pracowita i uprzejma dla swoich pacjentek. Jednak pewnego dnia została odsunięta od małego pacjenta, tylko dlatego, że jej kolor skóry nie odpowiadał rodzicom noworodka. Wszystko może skończyłoby się tylko na niesmaku, gdyby nie to, że wkrótce po niegroźnym zabiegu, dziecko zmarło. Zrozpaczeni rodzice widzą tylko jedno wyjście, gdyż aby ukoić swój ból, muszą znaleźć winnego. A skoro czarnoskóra pielęgniarka, pomimo wyraźnego polecenia przełożonej, znalazła się obok noworodka, wiadomym jest, że tylko ona musi być winna! Czy można kogoś oskarżyć tylko dlatego, że nie podoba nam się kolor jego skóry?! Można, ale trzeba się liczyć ze wszystkimi konsekwencjami!

Małe, wielkie rzeczy to świetna, poruszająca, zapadająca w pamięć powieść! Można nie zgadzać się z postawą rodziców, można podzielać ich opinię, ale na pewno nie można stać z boku i patrzeć z obojętnością. Przy tej książce nie można wyłączyć emocji, a w dodatku podczas lektury wychodzą wszystkie nasze uprzedzenia, szczególnie te nieuświadomione. Myślimy w trakcie czytania, a także wtedy, kiedy choć na chwilę odłożymy książkę na bok, walczymy ze sobą, stawiamy się w roli głównej bohaterki, zastanawiamy się, co byśmy zrobili na miejscu rodziców. Jodi Picoult stawia konkretne, czasem niewygodne pytania i oczekuje odpowiedzi. My nie możemy spasować! Musimy odpowiedzieć, a wreszcie musimy opowiedzieć się po jednej ze stron. Tu nie ma wygranych i przegranych. Tu każdy coś zyskuje i każdy traci. Szala bardzo łatwo może się przechylić. Zwycięstwo, nie zawsze będzie się równało zyskowi…

Jodi Picoult jest genialną powieściopisarką. Jestem przekonana, że jeśli znajdą się tacy, którzy zarzucą jej błędy, to na pewno nie będą w stanie zarzucić jej nudy. Jodi Picoult wstrząsa Czytelnikiem, ale także, w dokładnie każdej książce, bardzo go zaskakuje. Przyznam się, że nie czytałam jeszcze żadnej jej książki, która by mnie nie zaskoczyła. Doczytując kilkadziesiąt czy kilkanaście ostatnich stron powieści, zawsze siedzę jak na szpilkach, gdyż niezmiennie za każdym razem jestem ogromnie zaskoczona. Tym razem, przy Małych, wielkich rzeczach było podobnie. Zostałam wprost porażona, nie spodziewałam się takiego rozwiązania!

Bardzo, bardzo polecam najnowszą powieść Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy!

18471875_1409220739123645_1447373386_o Jodi Picoult, Małe, wielkie rzeczy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

 

Uwaga: lektura pobudza do refleksji!

Jakiś czas temu burzliwie rozmawiałam z jedną z koleżanek z pracy o zajęciach dodatkowych w szkole podstawowej. Zaczęło się właściwie od tego, że moja rozmówczyni stwierdziła, że jedna godzina tygodniowo zajęć z filozofii jest zbędna. Nie zgadzam się z tym zdaniem, gdyż uważam, że dobrze prowadzona filozofia daje dzieciom możliwość nauczenia się mądrego stawiania pytań i prowadzenia kulturalnej rozmowy, a także rozwija logiczne myślenie oraz poszerza horyzonty. W wielu przedszkolach pojawiają się już zajęcia z filozofii i jasnym jest, że dzieci nie poznają tam teorii filozoficznych, ale najzwyczajniej w świecie zamieniają się w małych myślicieli, którzy próbują rozwiązywać ważne problemy, oczywiście na miarę ich możliwości. Jestem przekonana, że jeśli nauczymy dzieci myśleć i damy im ku temu możliwości, wyrosną z nich myślący i refleksyjni ludzie, a takich trudniej jest oszukać i zmanipulować.

Nieżyjący już kilka lat Leszek Kołakowski to znakomity polski filozof, eseista i publicysta, zafascynowany szczególnie filozofią kultury i religii. Od końca lat 60 XX wieku na stałe związany z Uniwersytetem w Oxfordzie oraz prowadzący gościnne wykłady na amerykańskich uczelniach.

Leszek Kołakowski to wielki popularyzator filozofii, człowiek, który pragnął wprowadzić filozofię pod przysłowiowe strzechy. Napisał wiele książek, które skierowane są do przeciętnego czytelnika, aby przybliżyć mu idee, traktaty czy myśli i prądy filozoficzne. W lutym nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się książka Leszka Kołakowskiego pt. Ułamki filozofii.

Ułamki filozofii to niewielka książka, która przywołuje sześćdziesiąt dwie myśli filozoficzne takich myślicieli jak: Arystoteles, Heidegger, Husserl, Berkeley, Pitagoras, Platon, Spinoza, Marek Aureliusz, Nitzsche, Hegel, Kierkegaard, Pascal, Jaspers i wielu, wielu innych. Leszek Kołakowski pozwolił sobie skomentować najbardziej znane myśli, odnieść je do kontekstu, z którego czasem zostały wyrwane, nadać im sens i zaprosić czytelnika do dialogu, a nawet skusić go do refleksji czy zakwestionowania niektórych powiedzeń, które na stałe wdarły się do kulturalnego dziedzictwa współczesnego człowieka.

Zachęcam do podróży z Leszkiem Kołakowskim przez różne nurty filozoficzne i fenomenalne, będące w powszechnym użyciu, myśli wielkich twórców, takie jak: „Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki”, „Wiem, że nic nie wiem”, „Myślę, więc jestem”, „Tabula rasa” czy „Niebo gwieździste nade mną i prawo moralne we mnie”.

Uwaga: ta lektura otwiera szerzej oczy i pobudza do refleksji! Polecam!

17916539_1377628962282823_496625697_o Leszek Kołakowski, Ułamki filozofii, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

Skłodowska Curie – noblistka i skandalistka

Mam duży problem z powieściami biograficznymi. Zapytacie jaki? Otóż zawsze, ilekroć czytam takie książki (wliczają się w to także powieści historyczne) zastanawiam się, ile jest w nich prawdy, ale ile wyobraźni pisarza. O ile większość informacji o życiu i twórczości danej postaci czy też faktów historycznych z jej życia można sprawdzić w tekstach źródłowych, o tyle nie jesteśmy w stanie przywołać myśli, ani odczuć bohatera (chyba, że pozostawił po sobie pamiętnik). Niemniej jednak, lubię czytać takie historie, gdyż zawsze bliżej im do beletrystyki niż czystej biografii (a za biografiami, jak już pisałam, nie bardzo przepadam).

Kilkanaście dni temu do polskich kin trafił film Maria Skłodowska Cuire, a wraz z nim na księgarskie półki biograficzna powieść o tym samym tytule. Autorką powieści o polskiej noblistce jest Magdalena Niedźwiedzka. Film nie jest ekranizacją książki, a oba dzieła powstały niezależne od siebie i tak też należy je odbierać.

Nie byłam jeszcze w kinie, ale jestem świeżo po lekturze książki i muszę przyznać, że zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie i bardzo mi się podobała. Mam chrapkę również na film, dlatego pewnie niedługo się na niego wybiorę 🙂

Główna akcja powieści dzieje się pomiędzy 28 października 1911 a 8 grudnia 1912 roku. Obserwację życia Marii Skłodowskiej – Curie rozpoczynamy od jej udziału w międzynarodowym kongresie fizyków, zorganizowanym przez belgijskiego przemysłowca Ernesta Solvaya. Na tle słynnej konferencji rozgrywa się wielki skandal obyczajowy z udziałem Marii, z powodu którego na włosku wisi jej reputacja oraz ciężko zdobyta pozycja wśród liczących się naukowców…

1911_Solvay_conference Źródło: Wikipedia

Oprócz głównego czasu akcji, oglądamy jak na filmie przeszłość Skłodowskiej: jej dom rodzinny w Warszawie, zmagania, aby móc wyjechać do Paryża na studia (gdyż w Polsce końcem XIX wieku nie przyjmowano kobiet na uniwersytety), pierwszą, nieszczęśliwą miłość, tęsknotę za matką czy biedę, którą musiała znosić w Paryżu. Trochę jak w kalejdoskopie widzimy również poznanie Piotra Curie, ich miłość i krótkie małżeństwo, a także trud wychowywania dzieci, kiedy ciężko jest zrezygnować z tego, co się najbardziej kocha, czyli z nauki i wiążącej się z nią pracy zawodowej.

Maria to była jedyna kobieta w zamkniętym i, chciałoby się rzec, skostniałym środowisku samych mężczyzn – naukowców. Czytając książkę, przyglądamy się niezwykle zdolnej fizyczce, która musiała bardzo ciężko pracować, aby uzyskać dwa noble, ale i tak (szczególnie w kuluarach) wielu mężczyzn próbowało umniejszyć jej rolę w odkryciu pierwiastków i w ogóle skompromitować ją jako kobietę – naukowca. Mężczyznom początku XX wieku bardzo trudno było przyznać, że kobieta może mieć umysł na równi z nimi, a czasami nawet większy.

Książka jest bardzo ciekawa i wciągająca. Było mi bardzo trudno się od niej oderwać. Chciałam usiąść, zapomnieć o rzeczywistości, wyłączyć się i zagłębić się życie Marii Skłodowskiej – Curie. Jestem przekonana, że polska noblistka opisana przez Magdalenę Niedźwiedzką żadnego Czytelnika nie pozostawi obojętnym. Dzięki powieść możemy spojrzeć na Marię jak na kobietę z krwi i kości, która walczyła, kochała, popełniała błędy i upadała. Taką bohaterkę się kocha, nienawidzi, współczuje jej lub dziwi jej wyborom, ale nie można pozostawić obojętnym na jej życie i decyzje, które podejmowała.

Na koniec jeszcze jeden smaczek 🙂 Niewielu Czytelników pewnie wie (ja nie wiedziałam), że Skłodowska – Curie przyjaźniła się z … Einsteinem! I o tej znajomości także garść informacji w książce!

Polecam!

skłodowska Magdalena Niedźwiedzka, Maria Skłodowska Curie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

Aby nie gdybać…

Z czym kojarzy się starość?! Myślę, że z jednej strony to niesamowita wolność, człowiek w wieku emerytalnym nic już nie musi, gdyż praca zawodowa, wychowywanie dzieci i inne obowiązki już go nie dotyczą i teraz wreszcie może robić cokolwiek chce lub o czymkolwiek do tej pory marzył. Z drugiej strony starość nie jawi się tylko w różowych barwach. Starsi ludzie na co dzień muszą borykać się z chorobami, niedołęstwem, samotnością, zależnością od bliskich, rozgoryczeniem czy brakiem perspektyw.

Kilkanaście dni temu dostałam książkę, która opisuje problem starości. Grażyna Kałowska napisała Opowieść o naszej przyjaźni i perypetiach, w której to książce opisała historię kilku siedemdziesięciolatków.

Opowieść o naszej przyjaźni i perypetiach podzieliłabym na dwie części. Główną bohaterką pierwszej części jest Petra – emerytowana nauczycielka plastyki, artystka, spełniona kobieta, aczkolwiek samotna, w młodości zakochana w swoim nauczycielu akademickim. Petra nadal mieszka w swoim rodzinnym miasteczku, całe życie przyjaźni się z Anką i Benkiem Tomkiem, od których otrzymała wiele wsparcia i pomocy. Mimo tego, że Petra nigdy nie wyszła za mąż, jest szczęśliwa i spełniona. Poznajemy Petrę w momencie, kiedy siedemdziesięciolatka dowiaduje się, że cierpi na nieoperacyjnego glejaka mózgu, który bardzo ją wyniszcza i w tym samym czasie po wielu latach ponownie nawiązuje kontakt ze Stefanem, którego kochała w  młodości. Petra i Stefan to ludzie dojrzali, spełnieni i bez zobowiązań, czy odważą się zmienić swoje dotychczasowe życie??

Druga część książki to historia Elizy, Anny, Wali i Olka oraz kilkorga ich znajomych z młodości. Każda z tych postaci ma w książce swoje pięć minut. Bohaterowie na kilkunastu stronach opisują swoją młodość, swoje wybory, ich konsekwencje i teraźniejszość, w której przyszło im żyć. Czy gdyby mogli, cofnęli by czas? Czy gdybanie jest dla nich dobre, a może lepiej po prostu zaakceptować życie, takie, jakie jest?

Opowieść Grażyny Kałowskiej to przede wszystkim historia bardzo różnych ludzi i ich starości. To, jak im się ułożyło życie, nie zawsze zależało od nich samych, ale bardzo często ich obecne poczucie szczęścia wynika z tego, ile z ich marzeń i oczekiwań udało im się zrealizować.

Autorka świetnie pokazuje różne odcienia starości. Opisała chorobę, spełnienie, zawiedzione zaufane, zrealizowane marzenia. W swojej książce prowadzi czytelnika przez poszczególne życiorysy bohaterów i każe mu się nad nimi zastanowić. Daje możliwość popatrzenia na tych ludzi z boku, jakby mówiła ty też kiedyś będziesz stary, albo już taki jesteś, wiele w życiu było niezależne od ciebie, ale to jak patrzysz na swoje osiągnięcia, na swoje decyzje, spełnione bądź niespełnione marzenia zależy tylko i wyłącznie od ciebie. O wiele lepiej żyje się ludziom zadowolonym z życia, pogodnym, umiejącym brać to, co życie daje i nie oczekującym na więcej.

Mnie zdecydowanie najbardziej urzekła historia Petry. Przeczytałam ją jednym tchem, cały czas byłam zaciekawiona, co dalej. Pomimo ciężkiej choroby, to właśnie Petra była szczęśliwa i miała poczucie spełnienia.

Książka Grażyny Kałowskiej jest ciekawa, szczególnie dlatego, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. Ta opowieść może pokazać starszym ludziom, że jeszcze wszystko przed nimi, że nic straconego. Natomiast młodym da okazje do refleksji i przemyślenia czy ich obecne wybory i marzenia, za którymi gonią, to te naprawdę ważne. Czy nie warto zwolnić, żyć, aby na starość nie wspominać, nie żałować, nie gdybać…

Polecam 🙂

17200688_1342431745802545_278967074_o Grażyna Kałowska, Opowieść o naszej przyjaźni i perypetiach, Wydawnictwo Literackie Białe Pióro: Warszawa 2016.

Oriana Fallaci – droga do dziennikarskiej pasji

Dorocie, z podziękowaniami!

Nie lubię biografii, ale za to biografie lubią mnie. Z własnej woli sięgnęłam może po 2-3 tego rodzaju książki, ale co rusz ktoś poleca mi kolejną. W takim wypadku nie mam wyboru i muszę czytać, a kiedy po pięciu stronach już nie mogę się oderwać, to pochłaniam także biografie. Wszyscy, którzy mnie znają, a przede wszystkim znają moją słabość do literatury (aby nie napisać uzależnienie), polecają mi różne książki. Tym razem to koleżanka z pracy namawiała mnie, mamiła i w końcu, nie mając wyboru, zabrałam się za biografię Oriany Fallaci.

Orianę Fallaci znam lub do tej pory znałam tylko ze słyszenia. Wiedziałam, że była znakomitą włoską dziennikarką, pisała książki oraz robiła wywiady z najbardziej znanymi ludźmi świata i szczególnie szeroko pojętej polityki. Na tym moje informacje się kończyły. Oriana Fallaci. Portret kobiety Cristiny de Stefano pokazała mi, że moja wiedza była zgodna z prawdą, ale bardzo powierzchowna.

Oriana Fallaci. Portret kobiety to opowieść o prywatnym życiu dziennikarki, która wiele pisała o innych, jednak swoich prywatnych spraw bardzo strzegła. To opowieść o jej biednym, ale szczęśliwym dzieciństwie, trudach, jakie musiała pokonać, aby wybić się i pisać (w latach 50 i 60 kobieta – dziennikarka to jednak jeszcze rzadkość, aby nie napisać dziwadło), dziennikarskiej pasji, a przede wszystkim marzeniach o tworzeniu prawdziwych książek.

Z kart książki de Stefano wyłania się kobieta silna, niezależna, waleczna, bardzo inteligentna, ale z drugiej strony krucha, delikatna, samotna, pogubiona, bezbronna i nieustannie poszukująca. Jej dorosłe życie ukształtowała sytuacja jej rodziców, a szczególnie rola matki w domu, ale również II woja światowa, która nie zostawiła w sercu Fallaci żadnych złudzeń, natomiast pokazała jej, że tylko walka (ale niekoniecznie zbrojna) ma sens. Nie chcę za wiele zdradzać, bo warto poznać Orianę Fallaci osobiście i samemu wyrobić sobie zdanie na temat tej niezwykłej kobiety.

Książkę czyta się bardzo dobrze, miejscami jak najlepszą powieść, a miejscami jak wspaniałą książkę detektywistyczną, w której ze strzępów informacji powstaje migotliwa i zaskakująca całość. Autorka starała się zachować chronologię, jednak czasem, aby pokazać szerszą perspektywę, wracała do przeszłości czy sięgała przyszłości dziennikarki. Całość jest bardzo interesująca, sensowna i uporządkowana.

Dzięki tej biografii wiem, że będę chciała sięgnąć do książek samej Fallaci.

Serdecznie polecam!

16010488_1291302030915517_1781827252_o Cristina de Stefano, Oriana Fallaci. Portret kobiety, Wydawnictwo Sonia Draga: Katowice 2014.

Och, moja droga Klementyno…

Kryminały, a szczególnie serie kryminałów należy czytać po kolei. To jedna z mich refleksji po lekturze siódmej części kryminalnej serii o policjantach z Lipowa autorstwa Katarzyny Puzyńskiej! Pierwsze trzy części bardzo mi się podobały, a potem, nie mogąc przeczytać kolejnych trzech, wzięłam się za część siódmą. Historia świetna, trzymająca w napięciu, ale w trzech wcześniejszych częściach wiele zmieniło się w życiu głównych bohaterów, co trochę utrudniło mi (chociaż nie uniemożliwiło) odbiór całości. No, ale po kolei…

Najnowszy kryminał Katarzyny Puzyńskiej nosi tytuł Dom czwarty, a jego główną bohaterką jest bardzo niepokorna komisarz Klementyna Kopp. Klementyna jest świetną policjantką, ma genialny zmysł, który wytropi każdego przestępcę, ale jest również bardzo niedostępna, samotna i … zraniona. Jej przeszłość nie była usłana różami, wiele przeszła, stąd jej szorstkość i gruby mur, który wokół siebie wybudowała.

Kiedy wydaje się, że komisarz Kopp wszystko, co najgorsze ma za sobą i teraz będzie już tylko odpoczywać na zasłużonej emeryturze, zostaje poproszona o przyjazd w rodzinne strony. Kiedy decyduje się na ten krok, ślad po niej ginie. Komendant brodnickiej policji nie widzi nic dziwnego w zniknięciu Klementyny (w końcu Kopp jest jak kotka, która nikomu się nie tłumaczy i często podąża sobie tylko znanymi ścieżkami), ale Daniel Podgórski nie da się zwieźć pozorom i wyrusza na ratunek swojej starej przyjaciółce. W jego trudnej misji będą mu pomagały dwie kobiety, z którymi jego obecna relacja jest co najmniej napięta, czyli Emilia Strzałkowska i Weronika Nowakowska.

Złociny, rodzinna miejscowość Klementyny, przywitają ekipę poszukiwawczą nieprzyjaźnie, aby nie napisać, że wrogo. Trzy dwory, cztery zabudowania, pokłóceni mieszkańcy, tajemnice z odległej przeszłości, niedomówienia i nienawiść. Przeszłość plącze się z teraźniejszością, a miłość z nienawiścią… Nikt nie mówi prawdy, każdy kryje swoje ciemne interesy lub przeinacza fakty… Kiedy okazuje się, że prawda została pogrzebana, ktoś wpada na pomysł konfrontacji wszystkich potencjalnych podejrzanych… Czy to może się udać? Gdzie przepadła Klementyna? Czy komisarz jeszcze żyje i czy jej lipowscy przyjaciele odnajdą ją całą i zdrową?

Dom czwarty jest bardzo ciekawy, wciągający, emocjonujący, pasjonujący, a miejscami nawet trochę mroczny (na szczęście tylko trochę, gdyż nie jestem fanką mrocznych kryminałów). Szczególnie podobała mi się, zastosowana w powieści, metoda konfrontacji wszystkich podejrzanych i pozostałych postaci dramatu. Postawienie naprzeciwko siebie ludzi, którzy mają wiele do ukrycia i jeszcze więcej do stracenia, skojarzyło mi się z metodyką pracy mistrza dedukcji Herkulesa Poirota. To naprawdę świetna zabawa dla Czytelnika.

Historia morderstwa w Złocinach oraz poszukiwań komisarz jest równie ciekawa, co dalsze losy Daniela, Emilii, Weroniki oraz przeszłość Klementyny. Na szczęście w finale powieści wszystko się wyjaśnia, a poszczególne wątki układają się w całość, jednak to autorka musi mieć ostatnie słowo, dlatego dała nam poczuć przedsmak kolejnej powieści, która mam nadzieję, będzie już wkrótce.

Bardzo polubiłam postać tej niepokornej Klementyny, niezwykle wyrazistej i świetnie scharakteryzowanej! Polecam i Wam!

puzynska Katarzyna Puzyńska, Dom czwarty, Wydawnictwo Prószyński i Spółka: Warszawa 2016.