Archiwum

Opowieści historią pisane

Właściwie każda rodzina ma w zanadrzu kilka historii, które mogłyby stać się początkiem wspaniałych powieści. Niestety nie wszyscy mają ku temu możliwości (i talent), aby stare, rodzinne i często zakurzone historie opisać i puścić w świat. Na szczęście na rynku wydawniczym pojawiają się książki, które są rodzinnymi sagami, a czyta się je jak najwspanialsze i porywające powieści.

Latem miałam okazję przeczytać nowe wydanie debiutanckiej powieści Jacka Dehnela Lala  i muszę przyznać, że zostałam oczarowana. Dehnel napisał sagę swojej rodziny, której główną bohaterką jest babka autora – Helena Karpowicz, piękna jak lalka, stąd Lala. Babka była silną kobietą, a przede wszystkim wielkim autorytetem dla wnuka, stąd z miłości powstała historia rodzinna.

22 listopada nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się kolejna opowieść o historii rodziny, tym razem stworzona z miłości do matki. Ten hołd złożony przodkom napisał Cezary Harasimowicz – scenarzysta, aktor i pisarz, a ponadto syn aktorki Krystyny Królikiewicz i wnuk słynnego jeźdźca, medalisty olimpijskiego i majora Adama Królikiewicza.

Saga, czyli filiżanka, której nie ma to opowieść, w której Cezary Harasimowicz pochylił się nad historią swojej rodziny ze strony matki. Opowiedział o pochodzeniu swoich pradziadków, o dziadkach, przywołał opowieści z dzieciństwa swojej matki, pokazał życie swych przodków przed wybuchem wojen światowych, w czasie ich trwania oraz po ich zakończeniu. Wiele opowieści uzupełniają fotografie jakby wprost wyciągnięte z rodzinnego albumu.

Bardzo ciekawym zabiegiem jest pokazanie skali makro i wplecenie jej do opowieści. Kiedy czyta się stare historie, czasem jest nam trudno wyobrazić sobie, a nawet zrozumieć ówczesne realia. Aby ułatwić Czytelnikowi zadanie, autor wprowadził do swojej opowieści prasówkę. Kiedy w rodzinie Królikiewiczów dzieje się coś ważnego, dostajemy garść informacji wprost z gazet, dzięki czemu znamy aktualną sytuację w Polsce i na świecie.

Wiele historii z rodzinnej sagi to opowieści wzruszające, a kilka z nich wprost ocieka humorem. Niektóre czytałam jednym tchem, były porywające i nie dało się od nich oderwać, jednak były także i takie, które mniej mnie ciekawiły.

Po przeczytaniu Sagi, czyli filiżanki, której nie ma mam ochotę odszukać stare, rodzinne fotografie, usiąść z filiżanką dobrej herbaty i posłuchać o zatrzymanych na nich wydarzeniach. Polecam!

Saga_rozk.inddCezary Harasimowicz, Saga, czyli filiżanka, której nie ma, Wydawnictwo W.A.B.: Warszawa 2017.

 

Reklamy

Jak jeszcze nigdy, o nowej powieści Miłoszewskiego

Kilka lat temu poszłam do kina na dobrze się zapowiadający film Juliusza Machulskiego o wiele mówiącym i zarazem bardzo tajemniczym tytule Ile waży koń trojański? Ta przewrotna komedia (podobno romantyczna, a dla mnie zdecydowanie bardziej obyczajowa) to historia Zosi, która mając dobrego męża, śliczną córkę i koszmarnego, zjawiającego się w najmniej oczekiwanym momencie i zawsze z wielką potrzebą, byłego męża, budzi się w noworoczny poranek, ale… dwanaście lat wcześniej! Kobieta jest przerażona tym snem na jawie, ale została uwięziona za żelazną kurtyną w komunistycznej Polsce. Ma właściwie tylko dwa wyjścia: wszystko przeżyje jak do tej pory lub bogatsza o dwunastoletnie doświadczenie zmieni wszystko, no, prawie wszystko…

Piszę o tym całkiem zabawnym, wartym obejrzenia filmie, gdyż jego fabuła skojarzyła mi się z najnowszą powieścią Zygmunta Miłoszewskiego, która wczoraj miała swoją premierę.

Grażyna i Ludwik to para staruszków z pięćdziesięcioletnim stażem małżeńskim. Ona to emerytowana nauczycielka, a on nadal czynny zawodowo psycholog. Pomimo różnych przeciwności losu, wciąż są razem, po części dzięki miłości, po części przyzwyczajeniu, ale i wciąż gorącej namiętności. Z okazji każdej rocznicy zjadają kurczaka z rożna i słodkie faworki, a potem kochają się jak zawsze i jak jeszcze nigdy. Generalnie są zadowoleni ze swojego życia, chociaż zdrowie już nie to. Kiedy zapadają sen w styczniu 2013 roku, nawet nie przypuszczają, że ta noc będzie niezwykła! Budzą się w mroźny ranek w 1963 roku, pięćdziesiąt lat wcześniej, pięćdziesiąt lat młodsi, ale z bogactwem wiedzy i doświadczenia osiemdziesięciolatków. Za oknem Warszawa, ale jakaś inna: bez Pałacu Kultury, bez sowieckiej kontroli, ale za to otwarta na Zachód, zsolidaryzowana z Paryżem… Czy ta podróż w czasie to szansa dla Grażyny i Ludwika? Czy będą potrafili z niej skorzystać? A może będzie jak zawsze, bo inaczej być nie może?!

Jak zawsze to najnowsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego, która reklamowana jest jako komedia ironiczno – romantyczna. Do tej pory Miłoszewski pisał kryminały, powieści sensacyjne oraz horrory i do swojego trochę gorzkiego, trochę ironicznego, ale przede wszystkim znakomitego pióra przyzwyczaił swoich Czytelników. Jego Bezcenny mnie zachwycił, a Teodora Szackiego – tego sarkastycznego, niepokornego prokuratora wprost uwielbiam. Dlatego z jednej strony bardzo chciałam przeczytać nowe dzieło Miłoszewskiego, a z drugiej bardzo się tego obawiałam! Nowy gatunek i zupełnie inny styl to dla pisarza wyzwanie, któremu czasem podoła znakomicie, a czasami, no cóż… to trochę jak z porywaniem się z motyką na słońce.

Jeszcze do tej pory, kilka dni po lekturze, mam mieszane uczucia wobec tej książki. Z jednej strony to kawał dobrej prozy: świetny styl, ciekawa fabuła, która nie wiadomo do czego doprowadzi i (w tym przypadku dosłownie) zaprowadzi głównych bohaterów oraz bohatera zbiorowego, jakim jest Polska. Ponadto Jak zawsze to komedia i faktycznie wiele dialogów oraz sytuacji przypominało trochę czeski film lub dobry obraz Barei. Bardzo ciekawe były dla mnie, może nie nagłe, ale istotne zwroty akcji, które były wielkim zaskoczeniem, trochę jak w science – fiction. Bardzo mi się podobało wplecenie psychologii do powieści, wykorzystanie ówczesnej wiedzy głównego bohatera i wykorzystanie jej przy leczeniu pacjentów lub po prostu omawianiu realiów lat sześćdziesiątych.

Z drugiej strony powieść jest przesycona polityką i politykowaniem, współczesną propagandą antyklerykalną, skrajnym feminizmem, a to codziennie przecież przekazują nam mass media, dlatego całość robi dosyć ponure wrażenie. Czasem byłam przytłoczona i dosyć zniesmaczona niektórymi opisami jakby wprost wyjętymi z rzeczywistości.

Przyznam szczerze, że sięgając po tą książkę oczekiwałam właśnie komedii ironiczno – romantycznej, trochę gorzkiej, czemu nie, ale dowcipnej, z przymrużeniem oka. W tym przypadku niestety się rozczarowałam.

Kiedy autor przyzwyczai do czegoś swoich wiernych Czytelników, a potem zmieni gatunek, stawia wszystko na jedną kartę. Zygmunt Miłoszewski zaryzykował, to pewne i za to na pewno należą mu się gratulacje. Niektórzy Czytelnicy będą zauroczeni, a inni będą się zastanawiać czy jest możliwy powrót do przeszłości i starych, dobrych kryminałów…

jak-zawsze Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, Wydawnictwo W.A.B.: Warszawa 2017.

 

Współczesna Antygona

25 października na księgarskie półki trafi powieść Alice Feeney Czasami kłamię. Ta książka to czytelnicza petarda: mocna, mroczna, trudna, frapująca. Po tej lekturze długo będziecie myśleć…

Amber Reynolds ma trzydzieści pięć lat i leży w szpitalu. We wstępie do opowieści o swoim życiu pisze, że Czytelnik przed rozpoczęciem lektury powinien wiedzieć o niej trzy rzeczy: po pierwsze, że jest w śpiączce, po drugie, że mąż już jej nie kocha i wreszcie po trzecie, że czasami kłamie. Tyle wiemy na początku, a później w miarę rozwoju historii poznajemy coraz więcej szczegółów, a obraz powoli się rozjaśnia (lub przynajmniej tak się wydaje z otrzymanych przesłanek). Kobieta jest w śpiączce, dlatego też jest zdana na łaskę i niełaskę służby zdrowia oraz swoich bliskich. Nie jest w stanie nic powiedzieć, nie panuje nad swoim ciałem, ale ma świadomość i słyszy oraz czuje wszystkie bodźce z otoczenia.

Historia opowiadana przez Amber biegnie dwutorowo. Z jednej strony dowiadujemy się o wydarzeniach teraźniejszych, słyszanych przez nią rozmowach i próbach przypomnienia sobie, co się zdarzyło i dlaczego leży w szpitalu. W retrospekcji poznajemy wydarzenia z przeszłości Amber, jej relacje z mężem, siostrą i rodzicami, a także jej sytuację zawodową. Natomiast dzięki pamiętnikowi dowiadujemy się o jej dzieciństwie.

Akcja książki powoli się rozkręca, napięcie wzrasta… Fabuła prowadzi do niespodziewanego, szokującego finału. Główna bohaterka jest jak starożytna Antygona, a jej życie to tragedia antyczna, z której nie ma dobrego, a co ważniejsze pozytywnego wyjścia. Cokolwiek postanowi, będzie to dla niej z którejś strony dramatyczne…

Czasami kłamię to mroczny, niepokojący i mocno trzymający w napięciu thriller. To książka, której nie jest się w stanie odłożyć aż do momentu, kiedy się ją skończy. Czytając ją, miałam poczucie, że koniecznie muszę poznać rozwiązanie i to szybko, bo inaczej nie będę mogła spać spokojnie. Z jednej strony chciałam ją odłożyć (dlaczego? bo momentami bardzo mnie przerażała!), a z drugiej nie byłam w stanie. Napawała mnie smutkiem, szczególnie kiedy czytałam wspomnienia z pamiętnika małej dziewczynki.

To powieść dla ludzi o silnych nerwach! Polecam.

czasami-klamie Alice Feeney, Czasami kłamię, Wydawnictwo W.A.B.: Warszawa 2017.

Byliśmy szaleńcami, nie bogami…

Otrzymałeś dobro? To podaj je dalej! Tylko taka ludzkość ma sens” (s. 141)

W październiku 2014 roku na ekrany polskich kin wszedł film Bogowie, o którym głośno było jeszcze przed premierą. Obraz Łukasza Palkowskiego osiągnął wielki sukces przynajmniej z kilku powodów, a dla mnie najważniejsze z nich to: przepiękna muzyka Bartosza Chajdeckiego, wspaniała gra aktorska oraz jedyny w swoim rodzaju temat.

Tytułowi bogowie to zespół lekarzy pod kierownictwem profesora Zbigniewa Religii, który dokonał pierwszego udanego przeszczepu serca w Zabrzu i tym samym stworzył Śląskie Centrum Chorób Serca znane w całej Europie. Wielkiemu wizjonerowi, profesorowi Relidze, partnerowali profesorowie Andrzej Bochenek i Marian Zembala.

W ubiegłym tygodniu miałam wielką przyjemność przeczytać znakomitą książkę, która ma swoje źródło właśnie w tamtych wydarzeniach. Dawid Kubiatowski przeprowadził wywiad z profesorem Marianem Zembalą, uczniem, współpracownikiem i kontynuatorem dzieła profesora Religii. Ta książka nosi tytuł Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka i ma w sobie ogromny ładunek pokory, siły, nadziei i właśnie wiary w człowieka, ale również w Boga.

Przedmowę do książki napisał znany aktor Piotr Głowacki, który w filmie wcielił się w postać profesora Zembali.

Profesor Marian Zembala jest kardiochirurgiem i transplantologiem, od lat piastuje stanowisko dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca, a nawet ma za sobą półroczne doświadczenie bycia Ministrem Zdrowia. Profesor jest szczęśliwym mężem z ponad czterdziestoletnim stażem i ojcem czworga dzieci.

W publikacji Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka znajduje się jedenaście rozdziałów, czyli jedenaście rozmów, w których profesor Zembala podzielił się z Czytelnikami częścią swojego życia rodzinnego, opowiedział o rodzicach, swojej młodości, wyborach, które zaważyły na jego późniejszym życiu, studiach i początkach swojej pracy zawodowej. Snuta przez profesora opowieść dotyczy także współpracy z legendarnym profesorem Religą, powstawania szpitala w Zabrzu, nieznanych szczegółów z ważnej współpracy polskich lekarzy z kardiochirurgami w Holandii w czasie komunizmu oraz późniejszej pomocy lekarzom na Ukrainie.

Jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest także filmowi Bogowie oraz współpracy z twórcami obrazu Palkowskiego. Profesor Zembala kilkanaście razy oglądał ten film, gdyż jak stwierdził „(…) ten film najpiękniej pokazuje właśnie wymiar służebny naszej pracy oraz znaczenie bardzo odpowiedzialnej pracy zespołowej, która wobec chorych starszych, trudniejszych staje się symbolem współczesnej medycyny” (s.29). Pomimo udanej kooperacji z filmowcami,  zabrzańscy lekarze protestowali przeciwko tytułowi filmu, gdyż nie chcieli być uznani za pysznych czy lepszych od innych, co profesor Zembala zabawnie skwitował słowami: „Byliśmy szaleńcami, nie bogami” (s. 15).

Wywiad z dyrektorem Śląskiego Centrum Chorób Serca to lektura wciągająca, bardzo ciekawa i porywająca. Z kart książki i opowieści samego profesora wyłania się trudna, bardzo odpowiedzialna, ale również niezwykle owocna i potrzebna praca lekarza, który jest w stanie wiele z siebie poświęcić dla dobra pacjenta. Profesor Zembala to wielka postać, lekarz oddany chorym, wspierający młodych adeptów medycyny oraz dzielący się z nimi swoim doświadczeniem. Po lekturze książki mam przed oczami profesora Zembalę – człowieka światłego, mądrego, ale również głęboko wierzącego, bardzo zajętego i wciąż robiącego dobro, bo, jak wielokrotnie podczas wywiadu powtarzał, „Bóg nie lubi leniwych”.

Bardzo polecam Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka.

P.S. Mottem tej recenzji uczyniłam słowa profesora Mariana Zembali, którymi kieruje się w swoim życiu.

spotkania Dawid Kubiatowski, Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka, Wydawnictwo Editio: Gliwice 2017.

 

Z obsesyjną zachłannością…

Wczoraj swoją premierę miała najnowsza powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk pt. Obsesja. To kryminał z wątkami obyczajowymi lub powieść obyczajowa z kryminałem w tle. W tym przypadku nieważna jest nomenklatura, a to, że ta lektura wbija w fotel. Jest świetna i takie książki chce się czytać!

Dwudziestodziewięcioletnia Joanna Skoczek jest rezydentką na oddziale psychiatrycznym w Szpitalu Wschodnim w Warszawie. Jest świeżo po rozwodzie, dlatego podjęła decyzję o powrocie do stolicy z Gdańska, gdzie mieszkała wraz z mężem. Pół roku wcześniej wprowadziła się do niewielkiej kawalerki na Pradze, skąd ma rzut kamieniem do pracy. Wydawać by się mogło, że powoli podnosi się po nieudanym małżeństwie, wdraża się do obowiązków w nowym szpitalu i nawiązuje pozytywne relacje ze swoimi współpracownikami z oddziału. Niestety ten względny spokój nie trwa długo i na głowę Asi zwala się kilka spraw. Najpierw poznaje Łukasza, szpitalnego salowego, który wydaje się bardzo kontaktowy i przyjaźnie nastawiony, ale czy to nie pozory?! Zaraz potem w szpitalu wpada na Tomka (a także wpada mu w oko), kolegę ze studiów, a obecnie nieziemsko przystojnego chirurga, na widok którego szybciej biją serca połowy pracownic szpitala (i nie tylko), przez co nieświadomie staje się wrogiem co najmniej dwóch kobiet. Żeby tego było mało, zaczyna dostawać miłosne liściki od tajemniczego wielbiciela…

W tym samym czasie jedna z pacjentek szpitala zostaje brutalnie zamordowana! Policja zaczyna się zastanawiać czy to odosobniony przypadek czy przebudzenie seryjnego mordercy, który kilka miesięcy wcześniej atakował czarnowłose kobiety w Warszawie.

Co z tym wszystkim ma wspólnego Asia i jej powrót do stolicy?! Być może nic, a może znacznie więcej niż chciałaby wiedzieć…

Obsesja to powieść, którą czytałam z obsesyjną zachłannością. O ile pierwsze kilkadziesiąt stron było głównie spokojnym wprowadzeniem do powieści, o tyle pozostałe trzysta z hakiem to jazda bez trzymanki! Wystarczy sobie wyobrazić: stary szpital, oddział psychiatryczny, ciemne korytarze, jeszcze ciemniejsza szatnia w piwnicy i oddech mordercy, który czuć tuż za plecami… Majstersztyk, a w dodatku tak świetnie utkany, że sporo się nagimnastykowałam, aby rozwiązać zagadkę (co mi się oczywiście nie udało!), a kiedy doczytałam scenę finałową byłam autentycznie zszokowana! Tego się nie spodziewałam!

Wielkim atutem tej książki są bohaterowie. Nie jeden, nie dwóch, a co najmniej siedmiu… Są autentyczni, interesujący, nieszablonowi i bardzo charakterystyczni. Autorka zadała sobie sporo trudu, aby odmalować tak różne postacie, które będą żyły swoim życiem, wniosą sporo wątków do powieści, a przy tym nie zanudzą Czytelnika i nie będą się mylili (co wbrew pozorom naprawdę jest sztuką).

To była pierwsza powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk, którą przeczytałam, ale jeśli pozostałe są choć w połowie tak dobre, to już wiem, co będę czytać w najbliższym czasie!

Polecam!

obsesja Katarzyna Berenika Miszczuk, Obsesja, Wydawnictwo W.A.B.: Warszawa 2017.

 

Śledztwo w obliczu osobistej tragedii

Moją słabość do kryminałów znają już chyba wszyscy, a zwłaszcza ci, którzy systematycznie śledzą tego bloga. Dobra powieść detektywistyczna to dla mnie znakomita rozrywka i skuteczny sposób na oderwanie się od codzienności. Kiedy tylko dowiem się, że coś nowego pojawiło się na księgarskich półkach w dziale kryminał, zaraz mam ochotę rzucić wszystko (choć niestety nie zawsze jest to możliwe) i usiąść w fotelu z dobrą książką!

W lipcu nakładem Wydawnictwa Editio Black ukazała się książka szwedzkiej powieściopisarki Johanny Mo, pt. Tak sobie wyobrażałam śmierć. Ta powieść łączy w sobie cechy dobrego kryminału, z wciągającą akcją oraz świetnego dramatu psychologicznego.

Główną bohaterką tej historii jest policjantka Helena Mobacke, która po dłuższym urlopie wraca do pracy. Pani komisarz przeżyła osobistą tragedię, ale podnosi się spod strasznego ciężaru i po roku wraca do policji. Chce pracować, chociaż jest świadoma swoich trudności i czasem wątpi czy da radę. Pech chce, że musi rozwikłać sprawę śmierci młodego chłopaka, który został wepchnięty pod pociąg, a przecież chociaż to nastolatek, był czyimś synem. Zaraz potem okazuje się, że na terenie stacji metra giną kolejne osoby. Przypadek? A może czyjś starannie zaplanowany plan? Komisarz Mobacke będzie musiała znaleźć sprawcę lub sprawców i poradzić sobie ze swoimi emocjami. Czy jej się to uda?

Tak sobie wyobrażałam śmierć to bardzo dobry, wciągający i zaskakujący kryminał. Świetnie się go czyta i w pewnym momencie trudno już się od niego oderwać, nie doczytawszy do końca. Jest to książka, która obarcza Czytelnika naprawdę dużym ładunkiem emocjonalnym. Po pierwsze tajemnicze wepchnięcia pod pociąg i trudne śledztwo, po drugie morderca, który dzieli się swoimi przemyśleniami, a wreszcie Helena i jej skomplikowana sytuacja. Dla mnie szczególnie trudne w odbiorze były emocje, które targały panią komisarz, jej  wspomnienia i przeżycia, który rzutowały na pracę. To śledztwo w obliczu osobistej tragedii policjantki jest jeszcze bardziej złożone.

Zapraszam do lektury i z nadzieją czekam na jej kontynuację, bo przecież komisarz Mobacke nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania!

Polecam!

johanna mo Johanna Mo, Tak sobie wyobrażałam śmierć, Wydawnictwo Editio Black: Gliwice 2017.

Tajemnica wyspy

Uwielbiam kryminały i czasem mam wrażenie, że jestem uzależniona od powieści tego typu, gdyż co rusz mam ochotę na kolejną zagadkę. Kryminały to dla mnie przede wszystkim relaks i mnóstwo rozrywki.

W połowie lipca nakładem wydawnictwa Editio Black ukazała się nowa islandzka powieść kryminalno – historyczna napisana przez  Viktora Arnara Ingólfssona pt. Tajemnica wyspy Flatey.

Akcja powieści Tajemnica wyspy Flatey dzieje się w latach 60 XX wieku na jednej z maleńkich islandzkich wysp. Rodzina rybaków, podczas jednej z wypraw na sąsiednią wyspę, znajduje ciało martwego człowieka. Na początku wydaje się, że to zwykła śmierć, ale kiedy nikt z mieszkańców nie rozpoznaje denata, sprawa trochę się komplikuje. Zaraz potem na wyspę zostaje wysłany młody adwokat Kjartan, aby poznać tożsamość nieboszczyka, wyjaśnić tajemnicę jego śmierci i sprowadzić ciało na ląd.

Na początku książki fabuła toczy się bardzo powoli, gdyż Czytelnik razem z Kjartanem poznaje codzienność mieszkańców wyspy, ich trudy, radości i zwyczaje. Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się o tyle tajemnicza, o ile prosta, jednak z rozdziału na rozdział (akcja nabiera tempa) przekonujemy się, że to tylko pozory, czubek góry lodowej, pod którą kryją się zupełnie niespodziewane okoliczności.

Tajemnica wyspy Flatey to dwie opowieści w jednej książce, które przeplatają się przez całą akcję. Pierwsza z nich to klasyczny kryminał, gdyż jego akcja dzieje się w czasie, kiedy największą pomocą śledczego był jego umysł i umiejętność dedukcyjnego myślenia. Niestety lub stety nie znajdziemy w nim najnowszych technik kryminalistycznych, które pomagają odnaleźć przestępcę, ale tylko mniej lub bardziej prawdziwe zeznania ludzi, pozwalające na zrekonstruowanie wydarzeń i prowadzące do rozwikłania zagadki. Druga to mitologiczne historie zapisane w Księdze wyspy Flatey, z którą wiąże się pewna stara i tajemnicza legenda, którą zechce poznać i jej tajemnicę rozwikłać dociekliwy Czytelnik.

Kiedy akcja powieści rozkręci się na dobre, nie można się od niej oderwać i chciałoby się od razu poznać rozwiązanie obu zagadek. Powieść jest ciekawa, a zakończenie bardzo zaskakujące.

Książka będzie świetną gratką dla fanów klasycznych książek detektywistycznych, ale również dla amatorów historii Skandynawii i jej bogatej mitologii. Momentami czyta się ją także jak powieść obyczajową, kiedy możemy przyglądać się losom i życiu mieszkańców wyspy.

Polecam!

wyspa Viktor Arnar Ingolfsson, Tajemnica wyspy Flatey, Wydawnictwo Editio Black: Gliwice 2017.