Tag Archive | Beletrystyka

Kobieta na zakręcie…

Kobieta na zakręcie swojego życia, bez pracy, perspektyw, u boku (nie)właściwego mężczyzny to świetny początek dobrej powieści. Tym lepszej, im pisarz jest zdolniejszy i ma bardziej bujną wyobraźnię. Dodatkowym bonusem jest umiejętność zaskoczenia Czytelnika, tak, aby po pierwszych czterdziestu stronach nie domyślił się przebiegu całej fabuły…

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej Anny Brody to właśnie trochę taka historia. Marta mieszka w Warszawie ze swoim ukochanym i jest w trakcie pisania drugiej książki. Jej pierwsze dzieło to genialny kryminał, niestety do tej pory nie wydany, bo nikt się jeszcze na nim nie poznał, no ale w końcu książek J. K. Rowling też nikt nie chciał przez lata wydać, a finalnie stały się wielkimi bestselerami!

Na początku Marta ma trochę trudno, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że długo to nie potrwa. Szczególnie, jeśli będzie stosowała się do rad Andrew (swojego narzeczonego, a zarazem mistrza savoir-vivre) oraz jego, idealnej w każdej dziedzinie, asystentki. No, cóż, kiedy Marta jest strasznie uparta, a w dodatku oporna na „dobre” rady. Dodatkowo całą sytuację skomplikuje Kraków, pogrzeb oraz pewien zapyziały i zapuszczony sklepik…

Anna Broda napisała ciekawą i zaskakująca książkę. Chociaż zakwalifikowałabym ją jako lekkie i przyjemne czytadło, to nie jest to książka pusta i bezwartościowa. Autorka świetnie przedstawiła (zestawiając ze sobą) sztuczny świat show-biznesu i nie zawsze proste, ale pozytywne relacje rodzinne. Życie nie jest proste, czasem skazuje nas na cierpienie i każe podejmować trudne decyzje, ale zgodnie z tytułową teorią zakalca, zawsze mamy szansę, aby próbować od nowa…

To fajna lektura na wakacyjne wojaże, polecam!

Teoria_zakalca_okladka Anna Broda, Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej, Wydawnictwo Muza: Warszawa 2017.

Reklamy

Niewygodne pytania…

„Kiedy Christina trzymała mnie za rękę, a pani Mina ściskała dłoń mamy, nastała chwila – mgnienie oka, jedno uderzenie serca – gdy wykształcenie, pieniądze i kolor skóry się nie liczyły. Wszyscy byli równi, a jedna kobieta zwyczajnie pomagała drugiej.”!!!

Kiedy dowiedziałam się, że Jodi Picoult napisała nową książkę, byłam bardzo poruszona. Uwielbiam pisarstwo tej Amerykanki, gdyż w każdej swojej powieści porusza ona bardzo współczesne i ważne problemy. Kiedy natomiast usłyszałam, że Jodi Picoult napisała książkę o rasizmie, trochę się zdziwiłam, gdyż jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, o czym może być ta książka. Pomyślałam nawet, że przecież rasizm nie może być zbyt popularny, żyjemy przecież w XXI wieku i cywilizowani ludzie powinni (przynajmniej z zasady) oceniać człowieka po jego postawie i czynach, a nie po kolorze skóry! Ale z drugiej strony, widząc, co się dzieje na świecie, trudno nie zgodzić się z tym, że rasizm w dalszym ciągu ma się całkiem nieźle. Kilka lat temu oglądałam bardzo dobrą kampanię społeczną wyprodukowaną przez firmę Nike, w której występowali czarnoskórzy sportowcy. Jeden z filmów pokazywał piłkarzy, którzy podkreślali, że uwielbiają pozytywne emocje na stadionie, kochają strzelać do bramki, ale są wstrząśnięci tym, że są ludzie, którzy postrzegają ich jako gorszych piłkarzy tylko dlatego, że przeszkadza im ich kolor skóry! Skoro powstają takie książki i skoro tworzy się takie kampanie, to znaczy, że są one bardzo potrzebne!

Bardzo często wzruszam się na filmach, natomiast rzadziej wzruszam się, czytając książki. Na najnowszej powieści Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy byłam głęboko poruszona i wzruszona. Łzy same popłynęły.

Ruth już od szkoły podstawowej miała pod górkę, gdyż jako jedna z niewielu czarnoskórych dzieci, uczęszczała do szkoły, gdzie przeważały dzieci zamożnych, białych ludzi. Nie liczyło się to, że była zdolna i niesamowicie uparta oraz cierpliwie dążyła do raz obranego celu. Liczyło się przede wszystkim to, że była czarna, a więc nigdzie do końca nie pasowała: do białych, przez kolor swojej skóry, a do czarnoskórych przez uczęszczanie do szkoły dla białasów!

Na szczęście Ruth skończyła szkołę i od ponad dwudziestu lat mogła robić to, co kochała, czyli pracować jako pielęgniarka w prowincjonalnym szpitalu w Mercy – West Haeven. Rewelacyjnie wywiązywała się ze swoich obowiązków, była uczciwa, pracowita i uprzejma dla swoich pacjentek. Jednak pewnego dnia została odsunięta od małego pacjenta, tylko dlatego, że jej kolor skóry nie odpowiadał rodzicom noworodka. Wszystko może skończyłoby się tylko na niesmaku, gdyby nie to, że wkrótce po niegroźnym zabiegu, dziecko zmarło. Zrozpaczeni rodzice widzą tylko jedno wyjście, gdyż aby ukoić swój ból, muszą znaleźć winnego. A skoro czarnoskóra pielęgniarka, pomimo wyraźnego polecenia przełożonej, znalazła się obok noworodka, wiadomym jest, że tylko ona musi być winna! Czy można kogoś oskarżyć tylko dlatego, że nie podoba nam się kolor jego skóry?! Można, ale trzeba się liczyć ze wszystkimi konsekwencjami!

Małe, wielkie rzeczy to świetna, poruszająca, zapadająca w pamięć powieść! Można nie zgadzać się z postawą rodziców, można podzielać ich opinię, ale na pewno nie można stać z boku i patrzeć z obojętnością. Przy tej książce nie można wyłączyć emocji, a w dodatku podczas lektury wychodzą wszystkie nasze uprzedzenia, szczególnie te nieuświadomione. Myślimy w trakcie czytania, a także wtedy, kiedy choć na chwilę odłożymy książkę na bok, walczymy ze sobą, stawiamy się w roli głównej bohaterki, zastanawiamy się, co byśmy zrobili na miejscu rodziców. Jodi Picoult stawia konkretne, czasem niewygodne pytania i oczekuje odpowiedzi. My nie możemy spasować! Musimy odpowiedzieć, a wreszcie musimy opowiedzieć się po jednej ze stron. Tu nie ma wygranych i przegranych. Tu każdy coś zyskuje i każdy traci. Szala bardzo łatwo może się przechylić. Zwycięstwo, nie zawsze będzie się równało zyskowi…

Jodi Picoult jest genialną powieściopisarką. Jestem przekonana, że jeśli znajdą się tacy, którzy zarzucą jej błędy, to na pewno nie będą w stanie zarzucić jej nudy. Jodi Picoult wstrząsa Czytelnikiem, ale także, w dokładnie każdej książce, bardzo go zaskakuje. Przyznam się, że nie czytałam jeszcze żadnej jej książki, która by mnie nie zaskoczyła. Doczytując kilkadziesiąt czy kilkanaście ostatnich stron powieści, zawsze siedzę jak na szpilkach, gdyż niezmiennie za każdym razem jestem ogromnie zaskoczona. Tym razem, przy Małych, wielkich rzeczach było podobnie. Zostałam wprost porażona, nie spodziewałam się takiego rozwiązania!

Bardzo, bardzo polecam najnowszą powieść Jodi Picoult Małe, wielkie rzeczy!

18471875_1409220739123645_1447373386_o Jodi Picoult, Małe, wielkie rzeczy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

 

Skłodowska Curie – noblistka i skandalistka

Mam duży problem z powieściami biograficznymi. Zapytacie jaki? Otóż zawsze, ilekroć czytam takie książki (wliczają się w to także powieści historyczne) zastanawiam się, ile jest w nich prawdy, ale ile wyobraźni pisarza. O ile większość informacji o życiu i twórczości danej postaci czy też faktów historycznych z jej życia można sprawdzić w tekstach źródłowych, o tyle nie jesteśmy w stanie przywołać myśli, ani odczuć bohatera (chyba, że pozostawił po sobie pamiętnik). Niemniej jednak, lubię czytać takie historie, gdyż zawsze bliżej im do beletrystyki niż czystej biografii (a za biografiami, jak już pisałam, nie bardzo przepadam).

Kilkanaście dni temu do polskich kin trafił film Maria Skłodowska Cuire, a wraz z nim na księgarskie półki biograficzna powieść o tym samym tytule. Autorką powieści o polskiej noblistce jest Magdalena Niedźwiedzka. Film nie jest ekranizacją książki, a oba dzieła powstały niezależne od siebie i tak też należy je odbierać.

Nie byłam jeszcze w kinie, ale jestem świeżo po lekturze książki i muszę przyznać, że zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie i bardzo mi się podobała. Mam chrapkę również na film, dlatego pewnie niedługo się na niego wybiorę 🙂

Główna akcja powieści dzieje się pomiędzy 28 października 1911 a 8 grudnia 1912 roku. Obserwację życia Marii Skłodowskiej – Curie rozpoczynamy od jej udziału w międzynarodowym kongresie fizyków, zorganizowanym przez belgijskiego przemysłowca Ernesta Solvaya. Na tle słynnej konferencji rozgrywa się wielki skandal obyczajowy z udziałem Marii, z powodu którego na włosku wisi jej reputacja oraz ciężko zdobyta pozycja wśród liczących się naukowców…

1911_Solvay_conference Źródło: Wikipedia

Oprócz głównego czasu akcji, oglądamy jak na filmie przeszłość Skłodowskiej: jej dom rodzinny w Warszawie, zmagania, aby móc wyjechać do Paryża na studia (gdyż w Polsce końcem XIX wieku nie przyjmowano kobiet na uniwersytety), pierwszą, nieszczęśliwą miłość, tęsknotę za matką czy biedę, którą musiała znosić w Paryżu. Trochę jak w kalejdoskopie widzimy również poznanie Piotra Curie, ich miłość i krótkie małżeństwo, a także trud wychowywania dzieci, kiedy ciężko jest zrezygnować z tego, co się najbardziej kocha, czyli z nauki i wiążącej się z nią pracy zawodowej.

Maria to była jedyna kobieta w zamkniętym i, chciałoby się rzec, skostniałym środowisku samych mężczyzn – naukowców. Czytając książkę, przyglądamy się niezwykle zdolnej fizyczce, która musiała bardzo ciężko pracować, aby uzyskać dwa noble, ale i tak (szczególnie w kuluarach) wielu mężczyzn próbowało umniejszyć jej rolę w odkryciu pierwiastków i w ogóle skompromitować ją jako kobietę – naukowca. Mężczyznom początku XX wieku bardzo trudno było przyznać, że kobieta może mieć umysł na równi z nimi, a czasami nawet większy.

Książka jest bardzo ciekawa i wciągająca. Było mi bardzo trudno się od niej oderwać. Chciałam usiąść, zapomnieć o rzeczywistości, wyłączyć się i zagłębić się życie Marii Skłodowskiej – Curie. Jestem przekonana, że polska noblistka opisana przez Magdalenę Niedźwiedzką żadnego Czytelnika nie pozostawi obojętnym. Dzięki powieść możemy spojrzeć na Marię jak na kobietę z krwi i kości, która walczyła, kochała, popełniała błędy i upadała. Taką bohaterkę się kocha, nienawidzi, współczuje jej lub dziwi jej wyborom, ale nie można pozostawić obojętnym na jej życie i decyzje, które podejmowała.

Na koniec jeszcze jeden smaczek 🙂 Niewielu Czytelników pewnie wie (ja nie wiedziałam), że Skłodowska – Curie przyjaźniła się z … Einsteinem! I o tej znajomości także garść informacji w książce!

Polecam!

skłodowska Magdalena Niedźwiedzka, Maria Skłodowska Curie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka: Warszawa 2017.

Wielki powrót profesorowej Szczupaczyńskiej

Dla Kingi w podziękowaniu za pyszną lekturę 😉

Kiedy w ubiegłą sobotę dowiedziałam się, że wydano drugą powieść o mojej ukochanej profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej, doznałam euforii. To było dla mnie wielkie zaskoczenie, więc tym bardziej, bardzo się ucieszyłam! Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę czytać! Na szczęście już nazajutrz, w deszczową niedzielę, mogłam się zaszyć z gorącą herbatą i książką w fotelu i pogrążyć w świecie krakowskiej socjety końca XIX wieku.

Jak zapewne niektórzy Czytelnicy wiedzą (a inni się dowiedzą 😉 ) Zofia Szczupaczyńska jest żoną krakowskiego profesora medycyny, Ignacego Szczupaczyńskiego, stuprocentową mieszczanką, ze szlacheckimi aspiracjami. Jest także idealną panią domu, bardzo inteligentną i (choć nigdy nie przyznałaby się do tego) mającą wielkie pragnienia i aspiracje bycia zauważoną i potrzebną. W pierwszej powieści pt. Tajemnica domu Helclów profesorowa Szczupaczyńska pomaga rozwikłać pewną trudną zagadkę związaną z domem pomocy fundacji Helclów.

W drugiej części Zofię czeka o wiele trudniejsze zadanie. Ktoś ośmielił się zhańbić i podnieść rękę na bezbronne dziewczę. A, jak się później okaże, ta zbrodnia to prawdopodobnie czubek góry lodowej, która może zatrząś w posadach Kraków – miasto kultury i inteligencji…

Aby tego było mało, w przeddzień Wielkiejnocy jedna ze służących profesorostwa Szczupaczyńskich składa wymówienie, a w dodatku nie bezpośrednio na jej, Zofii, ręce, lecz przez drugą służącą, Franciszkę! Co za brak kultury i dobrego smaku!

Rozdarta zasłona to świetna książka, a zarazem dobry, wciągający kryminał. Autorzy z niezwykłą wnikliwością opisali sytuację XIX-wiecznego Krakowa, zarówno miasta bogatych mieszczan, ale i biednych, zdanych na siebie, żyjących w nędzy i beznadziei ludzi.

Bardzo dobrze czytało mi się zwłaszcza opisy sytuacji społecznej i obraz ówczesnego, zamkniętego, mieszczańskiego, krakowskiego środowiska, pełnego zakłamania i dulszczyzny.

Zofia Szczupaczyńska została fantastycznie scharakteryzowana. Wyobrażam ją sobie jako kobietę z krwi i kości, która wiele wie i ma sporo mądrych przemyśleń, ale jako stateczna matrona, żyjąca w środku męskiego świata, nie jest w stanie lub nie może wiele pokazać. Jest dla mnie wzorem kobiety, która jako szyja, która kręci głową domu, decyduje o wszystkim, ale jakby mimochodem, robiąc wrażenie, że przyjmuje wolę męża, pana domu.

Rozdartą zasłonę czytało mi się świetnie także z tego powodu, że na kartach powieści odnajdywałam wiele znakomitych i bardzo zabawnych smaczków o obecnie bardzo znanych i zasłużonych krakowskich osobistościach, którzy po koniec XIX wieku nie spełniali nałożonych na nich oczekiwań, a wręcz byli skandalistami i buntownikami!  Pewien młokos Wyspiański maluje niedawno odbudowany kościół Franciszkanów i w związku z tym na pewno będzie trzeba robić w tej sprawie kwestę! Lucjan Rydel przynosi wstyd ojcu profesorowi medycyny i zamiast, jak porządny człowiek, zająć się medycyną lub prawem, buntuje się i pisze jakieś nic nie warte wiersze! A Włodzimierz Tetmajer żeni się z chłopką, czym do spazmów doprowadza pól Krakowa!

Rozdarta zasłona to bardzo dobra książka! Serdecznie gratuluję autorom niezwykle udanego dubla! Polecam!

15608523_1265650703480650_1626893352_o Maryla Szymiczkowa, Rozdarta zasłona, Wydawnictwo Znak: Kraków 2016.

Malowniczomania

Może już to pisałam, ale powtórzę się, bo z każdą książką jestem tego bardziej pewna 🙂 Uwielbiam pisarstwo Magdaleny Kordel! Kiedy biorę do ręki jej kolejną powieść, jestem przekonana, że zapewniam sobie bardzo miły odpoczynek i mam poczucie dobrze wykorzystanego czasu. Jej książki są bowiem dowcipne, pogodne, inteligentne i wlewają w Czytelnika wiele otuchy.

Jak wiecie, moim literackim marzeniem jest usiąść z Borejkami przy mocnej, aromatycznej herbacie i posłuchać (nawet nie musiałabym nic mówić, choć moi bliscy powiedzą, że to absolutnie wykluczone, abym przez chwilę nic nie mówiła 😉 ) ich fantastycznych rozmów 🙂 Moim drugim (niestety także niespełnialnym) marzeniem jest móc wynająć pokój w Uroczysku i pooddychać czystym powietrzem w Malowniczym 😉

Kiedy marzenia nie mogą się spełnić, nie pozostaje mi nic innego, jak wciąż od nowa wracać do przeczytanych powieści oraz czytać nowe. W taki oto sposób zapraszam wszystkich Czytelników na kolejną porcję malowniczomanii 😉

Wino z Malwiną to trzecia część Uroczyska lub raczej kolejne losy Mai z pensjonatu Uroczysko.

W Uroczysku wszystko idzie ku dobremu: Maja rozkręca swój pensjonat, a i w jej życiu prywatnym następuje miła stagnacja. Aby nie było zbyt spokojnie, okazuje się, że mieszkańcy Malowniczego zwietrzyli podstęp okrutnej Niemki, która ma zamiar ograbić biednych Polaków z ziemi! Maja zostaje ostrzeżona i poproszona o czujność. W tym samym momencie na progu Uroczyska pojawia się Malwina, a zaraz za nią ciotka Rozalia i nic nie będzie już takie jak dawniej. Spokój w Uroczysku, ba, spokój w Malowniczym zostaje zakłócony, a raz puszczone koło plotek i niedomówień pójdzie w ruch… Oj, będzie się działo!

Bardzo mi się podoba, że Magdalena Kordel dostrzegła i genialnie opisała wiele zaściankowych poglądów, które królują w takich małych miasteczkach. Na łamach tej oraz innych jej powieści Czytelnik może dostrzec plusy i MINUSY mieszkania wśród małej społeczności. Ta książka to także trochę bat na małomiasteczkowe plotkary, które niestety czynią więcej szkody niż pożytku.

W tej części Uroczyska jest sporo humoru i gagów sytuacyjnych. Niektóre sytuacje są nieprawdopodobne, wręcz iście szalone, ale dodają smaku powieści. Książkę czyta się dosłownie jednym tchem.

Polecam, szczególnie w przededniu weekendu!

dsc_0061 Magdalena Kordel, Wino z Malwiną, Wydawnictwo SOL: Warszawa 2015.

Bez rozczarowania

Kiedy Czytelnik zaprzyjaźnia się z jakąś bohaterką lub bohaterem literackim, to z jednej strony bardzo czeka na kolejną książkę, w której ta postać występuje, ale z drugiej strony bardzo się jej obawia. Dlaczego? To proste, aby się nie rozczarować! Myślę, że wszyscy zgodzicie się ze mną, że kiedy kończy się jedna książka, my już marzymy, jak potoczą się losy ulubionego bohatera w kolejnej 😉

Kiedy dowiedziałam się, że w czerwcu ukaże się kolejna, czwarta już część serii Malownicze, bardzo się ucieszyłam, ale z drugiej strony, trochę się bałam, czy wszystkie moje nadzieje i marzenia się spełnią 😉 Na szczęście się nie rozczarowałam 🙂

Zbliżają się wakacje. Magda ma mnóstwo pracy w domu, ale musi się również zająć rozkręcaniem księgarni. W dodatku wydaje się, że Michał zaczął jej unikać, a miało być tak pięknie… Żeby tego było mało Madeleine dostaje list z kancelarii notarialnej w Paryżu i niebawem musi się tam udać. Zgodnie z małomiasteczkową tradycją takie wydarzenie nie może przejść bez echa, dlatego Malownicze zaczyna huczeć od plotek, że Madeleine otrzymała ogromny spadek, a podobno w każdej plotce jest ziarno prawdy… Czy Magda naprawdę została milionerką? Czy będzie potrafiła porozumieć się z Michałem? Czy ich miłość okaże się prawdziwa?

Pani Kordel nie byłaby sobą, gdyby do współczesnej historii nie wprowadziła historycznych wątków 🙂 I w tej książce równocześnie do losów Magdy poznajemy losy innej kobiety, które zdarzyły się w zupełnie odległych czasach, a być może wpływają na współczesność. Wszyscy, którzy lubią książki z historią w tle, nie będą zawiedzeni.

Magdalena Kordel napisała naprawdę świetną powieść. Jej czwarta część serii Malownicze Nadzieje i marzenia rewelacyjnie się czyta. Jak zwykle nad jej książką można się pośmiać, a także popłakać ze wzruszenia. Ta lektura daje nadzieję, rozbudza marzenia i wiarę, że nasze życie pomimo różnych przeciwności losu, może być szczęśliwe i pełnowartościowe 🙂

Serdecznie zapraszam do lektury, bo warto 🙂

14249104_1805976539631503_171993386_n Magdalena Kordel, Nadzieje i marzenia, Wydawnictwo Znak: Kraków 2016.

 

Bez happy endu?!

Współczesna europejska cywilizacja wyrosła z kultury i tradycji judeochrześcijańskiej, stąd większość ludzi, bez względu na swoje przekonania religijne i światopoglądowe, orientuje się w najbardziej znanych opowieściach starotestamentowych. Myślę, że między innymi z tego właśnie powodu nie muszę przypominać historii o Mojżeszu, który został uratowany dlatego, że córka faraona znalazła go pływającego w koszu po Nilu. Matka porzuciła syna, bo wiedziała, że tylko wtedy czeka go życie, którego ona sama nie mogła mu zapewnić…

Na kanwie tej historii Amy Harmon stworzyła znakomitą powieść pt. Prawo Mojżesza.

Pewnego dnia w koszu na pranie został znaleziony maleńki chłopiec. Od początku miał pod górkę, bo nie dość, że został porzucony, to w dodatku jego matka zmarła niedługo po porodzie. Aby tego było mało, kobieta była uzależniona od narkotyków, dlatego maleństwo urodziło się uzależnione od kokainy i było bliskie śmierci. Nazwano go dzieckiem cracku, szacowano, że nie będzie się prawidłowo rozwijał, a personel szpitala, chcąc uczcić to, że przeżył, nadał mu imię Mojżesz.

Chłopiec nie miał jednak tak wiele szczęścia, jak jego słynny imiennik. Nie trafił na mądrych ludzi, ale przez całe dzieciństwo tułał się po bliższej i dalszej rodzinie, która wcale nie traktowała go jak szczęście… Kiedy Mojżesz dorósł i nikt nie miał zamiaru zaprzątać sobie nim głowy, trafił pod opiekę swojej ponad osiemdziesięcioletniej prababci…

Georgia jest najmłodszym dzieckiem w rodzinie. To spokojna, opanowana i dobrze ułożona dziewczyna. Zawsze chętnie pomagała rodzicom w stadninie koni, którą prowadzili oraz w ich działalności wychowawczej (byli rodziną zastępczą). W jej domu ciągle pojawiały się dzieci potrzebujące pomocy, jednak dopiero spotkanie z niepokornym, zbuntowanym i wolnym Mojżeszem zmieniło jej życie na zawsze…

Czy beztroska dziewczyna (z dobrego domu) może stworzyć mądry związek z facetem z ogromnym bagażem (trudnych) doświadczeń? Czy budowanie relacji z kimś, kto tego nie potrafi ma sens? Czy cena za taką miłość nie będzie zbyt wysoka?

Prawo Mojżesza to opowieść o miłości, o nadziei, ale i o wierze. To historia o zawiedzionej nadziei i ponownym budowaniu zaufania. To opowieść o strachu i odwadze, o walce i poddawaniu się przeciwnościom…

Prawo Mojżesza to fantastyczna powieść! Została napisana z wielką pasją, dlatego jest niezwykle emocjonująca, wciąga Czytelnika i nie pozostawia miejsca na bierność.

Czytając ją, niejednokrotnie byłam bardzo zaskoczona. Czasem musiałam się chwilę zatrzymać, bo znajdowałam wiele powodów do refleksji i jeszcze więcej do myślenia… Gwarantuję, że nie zostaniesz po niej, a nawet w trakcie czytania, obojętnym! We mnie poruszyła niejedną strunę w sercu i duszy…  Czyta się ją jednym tchem, mnie to zajęło 2 dni, z tym, że drugiego musiałam iść do pracy i z ciężkim sercem odłożyłam lekturę na półkę!

Na okładce tej książki widnieje napis: „Ta historia nie kończy się happy endem”. Czytając ją, ba, nawet wcześniej, otwierając ją nie chciałam uwierzyć, że to możliwe! Bo przecież tylko historie życiowe, prawdziwe mogą kończyć się nieszczęśliwie, ale literatura powinna przynosić pokrzepienie, dawać nadzieję… Nie będę Wam zdradzać czy w końcu się rozczarowałam czy nie, bo warto, naprawdę WARTO tę książkę osobiście przeczytać!

Prawo Mojżesza będzie miało premierę 31 sierpnia. Bardzo, bardzo polecam!

DSC_0009Amy Harmon, Prawo Mojżesza, Wydawnictwo Helion: Gliwice 2016.